Na korytarzu, od którego nie dzieliły ich jeszcze żadne drzwi, ktoś upuścił coś ciężkiego. Przez chwilę poczuli się jak we wnętrzu dzwonu. Craythorne skrzywił się wyraźnie i dokończył zdanie.

— …który szczęśliwie już działa, w odróżnieniu od wielu innych urządzeń.

O’Mara chętnie znienawidziłby majora, ale nijak mu się to nie udawało. Craythorne po prostu dawał się lubić. Jakiejkolwiek przewiny dopuściliby się jego podwładni, on nigdy nie podnosił nawet głosu. Patrzył tylko na delikwenta z takim smutkiem i rozczarowaniem, że inkryminowany osobnik z miejsca zaczynał czuć się winny i nie popełniał więcej tego samego błędu.

Maniery miał nienaganne, w jego rzadkich włosach pojawiła się już siwizna, a rysy twarzy zdradzały wrażliwość. Przypominał dystyngowanego dyplomatę. Nawet zwykły mundur nosił jakoś inaczej, a wszechobecny brud się go nie imał, chociaż wszyscy wkoło chodzili wiecznie ze śladami smarów i masą metalowych opiłków na odzieży. Robił wrażenie dobrego człowieka i naprawdę taki był. To on stworzył O’Marze szansę na pracę, gdy wszystkie inne opcje zawiodły.

— Jak pan to robi, majorze? — spytał z zazdrością O’Mara.

Craythorne uśmiechnął się lekko i pokręcił głową.

— Próbuje przeniknąć pan moją zasłonę, ja zaś pańską. Jednak taka psychoanaliza w poszukiwaniu ukrytych wewnętrznych konfliktów to marnowanie czasu. Jesteśmy psychologami i z założenia nie mamy mieć takowych. Oczekuje się od nas, że wykażemy się pełną równowagą emocjonalną i zintegrowanymi na odpowiednim poziomie osobowościami.

To jest zawarowane w kontrakcie.

— Może w pańskim… — zaczął O’Mara.

Craythorne nie dał mu dokończyć.

— Jeśli nie umie pan jeszcze obsługiwać nowego komputera bibliotecznego, znajdzie pan tam wielu szalonych geniuszy, którzy chętnie panu pomogą.

Jak dotąd uruchomiono tylko kilka wind towarowych, które jeździły zazwyczaj na tyle pełne, że próba wepchnięcia się do którejś byłaby stratą czasu. Poza tym O’Mara nieźle znał



24 из 253