rozległy szpitalny labirynt, w którym jedynymi drogowskazami były wymalowane na skrzyżowaniach cyfry wskazujące na numer poziomu i konkretnego korytarza. Zwolnił kroku, aby obejść dwóch rosłych, spoconych i przeklinających Kontrolerów, którzy instalowali pod sufitem długi odcinek jakiejś rury. Jeden z jego końców właśnie spadł im na podłogę. Starszy z dwójki, ubrany w zielony mundur sierżant, zwrócił nagle uwagę na O’Marę.

— Ty tam! — krzyknął. — Pomóż nam z tym cholerstwem. Unieś rurę, a ja pokażę ci, gdzie ją trzeba przytrzymać…

To ostatnie było akurat oczywiste. O’Mara bez słowa przysunął stojącą obok ławę i wskoczył na nią z luźnym końcem rury w rękach. Bez trudu uniósł ją pod sufit i przytrzymał, gdzie należało, podczas gdy pozostali dokręcili mocowania.

— Dzięki, przyjacielu — powiedział sierżant. — Wyraźnie znasz się na tym. Muszę cię zatrzymać na parę godzin. Jeśli miałeś coś innego do roboty, na razie zapomnij o tym.

O’Mara pokręcił głową i zeskoczył na podłogę.

— Spokojnie, załatwię to z twoim brygadzistą — powiedział sierżant, nawykły najwyraźniej do odmowy w podobnych sytuacjach. — W takich przypadkach potrzeby Korpusu mają pierwszeństwo nad cywilnymi.

— Przykro mi, ale naprawdę muszę teraz być gdzie indziej — odparł O’Mara, odwracając się, aby odejść.

— Dokąd? Zatrzymaj go — rzucił ze złością sierżant. — Chyba nie rozumie po ludzku…

Co jest, Bates?

Podoficer zamilkł pod spojrzeniem O’Mary, który przywykł do wygrywania różnych sporów za pomocą pięści. Tyle że obecnie Craythorne nie byłby zachwycony, gdyby znowu doszło do czegoś podobnego. Poza tym drugi z Kontrolerów, Bates, musiał chyba coś zrozumieć, bo energicznie pociągnął sierżanta za rękaw.

— Znam go, szefie — powiedział z niejakim szacunkiem. — Nie mamy szans.



25 из 253