
O’Mara odwrócił się ponownie i ruszył w kierunku biblioteki. Nie uszedł jeszcze dwudziestu jardów, gdy dobiegł go głos sierżanta.
— To asystent majora Craythorne’a? Na co temu mięśniakowi psychologia?
Nie po raz pierwszy spotkał się z podobną z reakcją. Zwykle pytający sam zresztą udzielał sobie odpowiedzi, polegając jedynie na tym, co widział, i z miejsca uznawał, że ktoś podobnie zbudowany nie może odznaczać się godną uwagi inteligencją.
O’Mara frustrował się tym od najmłodszych lat. Stracił oboje rodziców, gdy miał trzy lata, ciotka zaś nie wspierała go należycie w walce ze światem dorosłych. Może dlatego, że nie miała zdrowia do paskudnego dziecka, które trafiło pod jej opiekę, może z innych powodów, dość że ciągle ktoś próbował dyktować mu wybór dróg życiowych wedle tego samego, monotonnego klucza.
Nauczycielom starczało jedno spojrzenie, aby zaraz kierować go na boisko. Gdy miast uprawiania sportu chciał się po prostu uczyć, uznawali to za rodzaj interesującej i niepotrzebnej anomalii. Gdy szukał pracy, w działach rekrutacji regularnie dochodzono do wniosku, że młody człowiek o nieciekawych, kanciastych rysach i szerokich barkach musi mieć dla kontrastu bardzo mało w głowie. Nie przyjmowano do wiadomości, że interesują go takie dziedziny, jak elektronika, medycyna czy psychologia. Ostatecznie wyruszył w kosmos z nadzieją, że spotka tam ludzi o nieco szerszych horyzontach. Niestety, mimo nieustannych wysiłków pokazania się podczas rozmów wstępnych jako osoba inteligentna, niezmiennie otrzymywał jedynie adnotację „Zdolny do pracy wymagającej dłuższego wysiłku fizycznego”. Wędrował w ten sposób z jednej budowy na drugą, zawsze mając za towarzystwo ludzi, którzy przypominali go tylko zewnętrznie. W końcu trafił do wykańczanego właśnie Szpitala Kosmicznego Sektora Dwunastego i tutaj postanowił, że ulży nieco monotonii i spróbuje wykorzystać swoją inteligencję, aby po cichu zacząć wpływać na otoczenie.
