
Wiedział, że to nie całkiem w porządku i nie postępuje się tak wobec przyjaciół, nie miał ich jednak w tamtym czasie.
Jednym z obiektów jego zainteresowania był obciążony wieloma problemami robotnik z brygady. Kolejnym stało się osierocone w próżni hudlariańskie dziecko, bobas ważący ponad pół tony. Ta ostatnia sprawa zwróciła na niego uwagę Craythorne’a. Podczas śledztwa oficer nie tylko oczyścił go z zarzutu spowodowania wypadku przemysłowego, w którym zginęli rodzice małego Hudlarianina, ale i poznał szczegóły specyficznej, wszelako skutecznej terapii, którą O’Mara zafundował neurotycznemu koledze. Ostatecznie major zaproponował podsądnemu stanowisko, które wymagało wykorzystania umysłu, a nie mięśni.
Na razie na okres próbny, ale zawsze. Dla O’Mary była to najtrudniejsza i najbardziej satysfakcjonująca praca, jaką dotąd podjął.
Bardzo nie chciał jej stracić.
Niemniej, czytając o Kelgianach, doszedł szybko do wniosku, że tym razem trudno mu będzie usatysfakcjonować majora. Z drugiej strony żadne z dotychczasowych zadań nie było łatwe. To pierwsze, które omal nie przywiodło go do śmierci, wspominał niekiedy jako prostą robotę. Cały czas mógłby karmić, kąpać i dopieszczać słoniowate dzieci Hudlarian.
Dwie godziny później znalazł się przed śluzą osobową F na poziomie trzydziestym siódmym. Po raz pierwszy ujrzał tam Kelgianina na własne oczy. Dobrze, że to chociaż stałocieplni tlenodyszni, pomyślał, gdy istota pełzła w jego stronę rękawem cumowniczym.
Na tym jednak podobieństwa się kończyły.
Kelgianie przypominali tłuste, włochate gąsienice. Ich srebrzyste ciała miały ponad dwa metry długości, mierzone od stożkowych głów do zadartego ogona. Poruszały się na dwunastu parach krótkich odnóży, niemniej cztery pary od strony głowy były nieco dłuższe i smuklejsze i kończyły się różowymi, delikatnymi dłońmi. Niewielkie twarze wydawały się zbyt obce, aby cokolwiek z nich wyczytać, jednak O’Mara wiedział już, że podstawowym źródłem informacji o odczuciach obcych było falowanie ich sierści. Długie futro oddawało wiernie każdą emocję, na dodatek chodziło o reakcje całkiem bezwiedne, co sprawiało, że istoty te nie były zdolne do kłamstwa czy nawet zamaskowania prawdy o sobie, niezależnie od intencji.
