
Wizualnie prezentowały się całkiem sympatycznie. Gdyby były dziesięć razy mniejsze, zapewne zamarzyłby w dzieciństwie o podobnym zwierzątku domowym. Niestety, nie były, jemu zaś nie pozwalano wówczas trzymać żadnych zwierząt.
Cofnął się nieco, gdy kolejni Kelgianie wyszli z rękawa i zaczęli gromadzić się przy nim w półkolu. Unieśli ciała, balansując na tylnych czterech parach odnóży. Głowy pochylili ku przodowi, tak że teraz ich oczy znajdowały się na równym poziomie. O’Mara poczuł się, jakby otoczyła go gromada futrzanych znaków zapytania.
Było mu o tyle nieswojo, że w zasadzie znalazł się w sytuacji kogoś nawiązującego pierwszy kontakt. Tyle tylko, że nie ryzykował wywołania międzygwiezdnej wojny, gdyby zdarzyło mu się powiedzieć albo zrobić coś niewłaściwego. Kelgianie uchodzili za istoty wysoce inteligentne i byli na tyle rozwinięci cywilizacyjnie, że na pewno wiedzieli o Ziemianach więcej niż on o ich rasie. To dawało nadzieję na niejaką wyrozumiałość.
Co zrobiłby w takiej sytuacji nieskalanie dyplomatyczny major Craythorne?
O’Mara wyciągnął dłoń do najbliższego Kelgianina, ale zaraz ją cofnął. W komputerze bibliotecznym nie było wzmianki o podobnym geście powitalnym. Wśród mieszkańców Ziemi stał się on powszechny jako znak zaufania i przyjaźni. Wywodził się z dawnych czasów, gdy podanie dłoni wykluczało jednoczesne użycie oręża. Niemniej dłonie Kelgian były drobne i chyba nazbyt liczne. O’Mara pomyślał, że zapewne właśnie uniknął pierwszego błędu.
— Nazywam się O’Mara — powiedział głośno i wyraźnie. — Czy mieliście udaną podróż?
Czy najpierw chcecie…
— Nazywam się Crenneth — odparł stojący naprzeciwko niego Kelgianin. Jego sierść falowała niespokojnie. — Statek był ciasny, kabiny niewygodne, a jedzenie okropne. Ziemianie z załogi mówili szybko i nie trwonili słów. Dlaczego ty mówisz tak wolno? Nie mamy problemów ze zrozumieniem przekazów werbalnych. A ty?
