
Mężczyzna zastanowił się jeszcze chwilę, w końcu wypuścił głośno powietrze.
— Dobra, O’Mara, załatwione. Nigdy nie naraziłem kobiety na niebezpieczeństwo.
Dajcie nam dziesięć minut.
Niebawem przeszli zwartą grupą przez uprzątnięty korytarz. W zasadzie bez przeszkód, jeśli nie liczyć pogwizdywania robotników, którzy przekazali już sobie wiadomość, że ci obcy to grupa pielęgniarek. Crenneth zaraz zaczął dopytywać, co oznacza ten nieprzetłumaczalny dźwięk. O’Mara postanowił nie ujawniać całej prawdy.
— To znak, że ktoś uznaje drugą osobę za szczególnie urodziwą — wyjaśnił.
— A, to w porządku — odparł Kelgianin. — Czy powinniśmy odpowiedzieć tym samym?
Dziesięć minut później dotarli do ukończonej już i pomalowanej jasnymi kolorami sekcji mieszkalnej Kelgian. Wtedy Crenneth odezwał się ponownie.
— Dla twojej informacji chciałbym jeszcze wyjaśnić, że wszyscy jesteśmy dość dorośli, aby panować nad odruchem oddawania moczu, jeśli do tego nawiązywałeś w korytarzu za śluzą. Nie pozwoliłem jednak nikomu z naszej grupy cię poprawiać, bo sytuacja wyglądała na niepewną i nasze wtrącenie się mogłoby jeszcze pogorszyć sprawę. Niemniej jest coś, o co już wcześniej chciałem cię spytać.
— Słucham — powiedział O’Mara.
— Dlaczego właśnie ty, uzdrawiacz umysłu, podjąłeś się roli naszego przewodnika?
Przecież starczyłby ktoś o niższym statusie zawodowym. Czy byłeś ciekaw istot, których dotąd jeszcze nie widziałeś? A może miałeś jakieś profesjonalne powody, aby obserwować nasze zachowanie?
Przez chwilę O’Mara zastanawiał się, jak superuprzejmy Craythorne odpowiedziałby na to pytanie. Z drugiej strony, jak wynikało z opisu encyklopedycznego, Kelgianie nie znali i nie byli w stanie zrozumieć takich zachowań jak uprzejmość czy taktowne rozmijanie się z prawdą. Na dodatek O’Mara wolał zachować się po swojemu, także na wypadek gdyby musiał szybko coś odkręcać.
