Omijały ich też stresy związane z niepewnością, kto co o kim myśli. Ich życie emocjonalne było bajecznie jawne. Nawet teraz, blisko pięćdziesiąt lat po tamtym pierwszym spotkaniu, O’Mara ciepło myślał o Kelgianach. Z nimi zawsze wszystko było jasne. Chociaż nigdy nie przyznał się do tego głośno, faworyzował ich spośród wszystkich ras, których przedstawiciele pracowali w Szpitalu. Wyjątek czynił tylko dla Prilicli, cinrussańskiego empaty i tym samym jedynej istoty znającej głębsze pokłady umysłu naczelnego psychologa.

To były istoty najbardziej mu bliskie.

Westchnął i otworzył oczy. Powoli wrócił do teraźniejszości. Miał się spotkać z pułkownikiem Skemptonem i w ogóle powinien jak najszybciej wyjść, aby Braithwaite mógł naprawdę samodzielnie się uporać z podrzuconym mu niczym gorący ziemniak zadaniem.

Biura administratora były o wiele rozleglejsze i bardziej komfortowo wyposażone niż domena O’Mary. Stopy ginęły tu w puszystych dywanach i wszędzie stały naprawdę wygodne meble dostosowane do potrzeb obcych. Blat wielkiego biurka był niemal pusty, jeśli nie liczyć modułu komunikacyjnego i kilku ekranów. Za biurkiem zaś, zamiast jednego krzesła, stały aż dwa fotele. Oba chyba aż do obrzydliwości wygodne. Skempton wskazał na siedzisko obok siebie.

— Nie musiał pan tak sprzątać biurka na moją cześć — powiedział O’Mara, zajmując miejsce. Obaj wiedzieli, że pułkownik ma obsesję na punkcie porządku i biurko zawsze tak wyglądało. Teraz obrócił się wraz z fotelem w jego stronę i przez chwilę patrzył na O’Marę w milczeniu.

— Jak pan widzi, nadal noszę mundur, tyle że bez dystynkcji — powiedział O’Mara tonem usprawiedliwienia. — Nie dlatego, abym tęsknił za stopniem czy przynależnością do Korpusu Kontroli, czy z innych sentymentalnych albo psychologicznych powodów. Po prostu zbyt wiele istot w Szpitalu nie potrafi odróżnić jednego Ziemianina od drugiego, kojarzą mnie jednak jako siwowłosą osobę w zielonym uniformie, która nie życzy nikomu dobrego dnia.



38 из 253