
Uśmiechnął się do O’Mary z lekkim niepokojem.
— Rzecz w tym, że oni akurat przychodzą głównie ponarzekać. Na to, co inni gadają za ich plecami, na rzeczywiste lub urojone próby podebrania im najlepszego personelu czy najwyżej ocenianych stażystów. Czy też na niesprawiedliwy grafik, który nie pozwala im wyrobić się z pracą. I tak dalej. W sumie nie można zrobić dla nich nic więcej poza wysłuchaniem ich ze współczuciem. Niekiedy warto dorzucić obietnicę zainteresowania się bliżej problemem, gdy tylko obowiązki na to pozwolą, czy jakieś słowo zachęty, niemniej zwykle nie oczekują nawet tego. A jeśli jest coś rzeczywiście do zrobienia, bez trudu będzie mógł pan zlecić to swoim podwładnym, o ile już się tym nie zajęli.
— I to właśnie nasz szanowny administrator robił przez ostatnie dwanaście lat? — spytał z udawanym oburzeniem O’Mara, gdy Skempton przerwał dla nabrania oddechu.
— Aż wstyd się przyznać, prawda? — powiedział pułkownik i wreszcie się zaśmiał.
Twarz wygładziła mu się przy tym i przez chwilę wyglądał młodziej niż w chwili obejmowania stanowiska. — Oczywiście są i trudne chwile, kiedy naprawdę trzeba zarobić na żołd i samo gadanie i wstrzymywanie się od działania nie wystarczą. Chcę jednak podkreślić, że zasadnicza część tej pracy sprowadza się do słuchania. Każdego, z czymkolwiek by przyszedł i jakkolwiek by wyglądał. No i do uprzejmego potakiwania, gdy ten ktoś będzie sam na bieżąco rozwiązywał własne problemy, aż w końcu pójdzie sobie szczęśliwy. Do następnego razu, oczywiście.
