Wprawdzie nie okazywał niczego, ale czuł się nieswojo. Informacje o zmianie stanowiska oraz rychłym końcu pracy w Szpitalu wstrząsnęły nim do głębi. Utracił coś, co dotąd dawało mu poczucie pewności własnego losu i pozwalało w pełni angażować się w sprawy zawodowe. Potrzebował dłuższej chwili spokoju, która pozwoliłaby mu dojść do siebie. Rozumiał, że musi uporać się z tym zarówno jako pracownik Szpitala, jak i niepozbawiony emocji człowiek. Będąc administratorem Szpitala, mógłby się wycofać do prywatnej kwatery, dając sobie czas na myślenie, i nikt by mu złego słowa nie powiedział.

Jednak jako naczelny psycholog nie miał tyle czasu.

Pozostał u siebie tylko przez kilka chwil potrzebnych do usunięcia insygniów Korpusu z munduru.

W trakcie tej czynności zdał sobie sprawę z faktu, że poza paroma piżamami nie posiadał ani jednej sztuki odzieży, która nie byłaby regulaminową częścią ubioru oficera.

W drodze do biura ledwie zauważał wielogatunkowy tłum lekarzy i techników zdążających korytarzami do jadalni na południowy posiłek. Masywnych Tralthańczyków, Hudlarian, Melfian, mogących dotkliwie poranić łydki, i innych, którzy poruszali się w swoich ciężkich wehikułach, omijał na zasadzie wieloletniego odruchu. Na przedstawicieli mniejszych form życia nie zwracał uwagi, gdyż ci sami go omijali. Nawet ci, którzy nie potrafili zwykle odróżnić jednego Ziemianina od drugiego, kojarzyli, kim jest ta siwowłosa postać w zielonym stroju. Nie tęsknili wcale za rozmową z nim, chyba że w wielkiej i prawdziwej potrzebie.

Ojczulek Lioren i Cha Thrat nie wrócili jeszcze ze stołówki, w biurze czekał więc tylko samotny Braithwaite.

— Kilka minut temu usłyszałem o pańskim awansie, majorze — powiedział porucznik, wstając zza konsoli i uśmiechając się. Miał jednak dość oleju w głowie, aby nie próbować wyciągać ręki. Poprzestał na ustnych gratulacjach.




9 из 253