Był następny dzień.

Odwołałem swoje wystąpienie w Izbie Handlu w Palm Springs.

Padał deszcz. Sufit przeciekał. Deszcz przedostawał się przez sufit i kapał: kap, kap, kap, kapu, kapu, kap, kap, kapu, kap, kap, kapu, kapu, kapu, kap, kap, kap…

Dzięki sake nie dzwoniłem zębami, ale co z tego. Byłem kluchowatym zerem. Skończyłem 55 lat, a nawet nie miałem garnka, żeby podstawić pod cieknący sufit. Mój stary ostrzegał mnie, że skończę trzepiąc konia na cudzym ganku w Arkansas. Mogłem jeszcze to zrobić. Autobus do Arkansas odjeżdżał codziennie. Ale w podróży zawsze miewałem zaparcie, a w dodatku zwykle siadał koło mnie jakiś trep z cuchnącą brodą i chrapał przez całą drogę. Może już lepiej było zająć się sprawą Celine'a.

Czy Celinę był Celine'em czy kimś innym? Czasami odnoszę wrażenie, że nawet nie wiem, kim sam jestem. No dobra, jestem Nick Belane. Ale słuchajcie. Gdyby ktoś wrzasnął: „Hej, Harry! Harry Martel!”, pewnie powiedziałbym: „Tak, o co chodzi?” No bo przecież mógłbym być każdym, nie? Co za różnica, jak się człowiek nazywa?

Życie jest pojebane, no nie? Zawsze brali mnie na końcu do drużyny baseballa, bo wiedzieli, że umiem posłać piłkę hen, do sąsiedniego stanu. Banda zawistników, ot co!

Byłem utalentowany, jestem utalentowany. Czasem patrzę na swoje dłonie i wiem, że mógłbym być wielkim pianistą albo kimś. A co robiły w życiu moje dłonie? Drapały jaja, wypisywały czeki, wiązały sznurowadła, naciskały spłuczkę kibla itd. Zmarnowałem swoje dłonie. I swój umysł.

Siedziałem w deszczu.

Zadzwonił telefon. Wytarłem słuchawkę przeterminowanym wezwaniem płatniczym z urzędu podatkowego i podniosłem.

– Nick B elanę – powiedziałem. A może nazywałem się Harry Martel?

– Tu John Barton – oznajmił głos.

– A tak, polecił mnie pan, dziękuję.

– Obserwuję cię, chłopie. Masz talent. Trochę jeszcze surowy, ale na tym polega twój urok.



4 из 127