
– Nat, wcale nie jestem idiotką.
– Wiem o tym – mruknął kompletnie zdezorientowany jej słowami.
– Wprawdzie jak idiotka nie sprawdziłam paliwa, ale okazało się to niezwykle mądrym i szczęśliwym posunięciem. – Zachichotała.
– A więc się zgadzasz!
– Oczywiście! – wykrzyknęła, lecz po chwili dodała niepewnie: – Musisz jednak wiedzieć, że jeśli chodzi o dzieci, to nie mam aż tak dużego doświadczenia. Czy takiej właśnie osoby potrzebujesz? Jesteś tego pewien? Może w agencji znajdą ci kogoś bardziej odpowiedniego?
Nat wiedział, że nigdy się na to nie zgodzi. Zdecydował o tym niezwykły wyraz oczu Purdy, owe niepokojące srebrzystoszare błyski, jej łagodna, a zarazem niezwykle intrygująca twarz, w ogóle cała osobowość. Znali się tak krótko, a już zdążył ją polubić i nabrać do niej zaufania. Tak, to inteligentna dziewczyna i można na niej polegać, co w jego sytuacji było najważniejsze. Chwilami zabawnie naiwna, ale to tylko dodawało jej uroku. No i na pewno będzie świetną nianią. Bez trudu wyobraził sobie, jak tuli do siebie małe dzieci, jak się z nimi bawi, spaceruje. Było w niej tyle miłości. Czuł to.
– Wolę, żebyś to była ty. – A może się mylił? Może to tylko pozory? Nie, z całą pewnością nie. – Jesteś miła, inteligentna, dobra…
– Przecież ledwie mnie poznałeś – zaoponowała.
– Masz świetne referencje, bo Grangerowie cię lubią i cenią. Poza tym kochasz te strony i chcesz tu wrócić, więc bez dwóch zdań musisz to być ty.
Dojechali na miejsce i Nat zatrzymał ciężarówkę.
Z całą pewnością Mathison nie należało do najpiękniejszych miast, jakie Purdy widziała w swoim życiu, bardzo je jednak polubiła. Więcej, zakochała się w małych, drewnianych domkach i starym, urokliwym kościółku. Za nic w świecie nie pogodziłaby się z myślą, że wszystko to widzi po raz ostatni.
Na szczęście propozycja Nata odmieniła jej przyszłość. Przynajmniej tę najbliższą.
