
Im więcej o tym myślała, tym jego oferta wydawała się atrakcyjniejsza. Będzie na ślubie swojej siostry, spotka się z najbliższymi, ale później wróci do Cowen Creek. Kto wie, co jeszcze się wydarzy? Czyżby naprawdę miało się okazać, że ona i Ross są sobie przeznaczeni?!
Kiedy Nat, napełniwszy kanister na najbliższej stacji benzynowej, wszedł do sklepu, odnalazł Purdy przy stoisku z warzywami. Sprawiała wrażenie nieobecnej. Po jej ustach błąkał się tajemniczy, rozmarzony uśmiech i nawet w półcieniu, jaki panował w sklepie, widać było, jak jej oczy jaśnieją srebrzystoszarym blaskiem.
– Wyglądasz na szczęśliwą – powiedział, a ona uśmiechnęła się szeroko.
Z rozczarowaniem stwierdził, że nie było w tym nic prócz przyjaźni.
– Bo tak jest. Jeszcze kilka godzin temu sądziłam, że cały mój świat legł w gruzach, że nigdy już nie zobaczę mojej ukochanej Australii i Rossa. Wtedy nagle pojawiłeś się ty i wszystko znowu stało się możliwe. – Spoważniała. – Mam przeczucie, że dzisiejszego ranka odmieniło się całe moje życie. I to wszystko dzięki tobie.
Twarz Purdy ponownie zajaśniała szczęściem. Nat zrobił krok do tyłu, zmieszany jej nagłą bliskością. Była taka promienna, ciepła, świeża i taka… otwarta.
I tak szaleńczo zakochana w Rossie Grangerze.
– Gotowa? – zapytał z ledwie hamowaną szorstkością.
– Tak. Zakupy stoją przy kasie.
Spod przyciemnionych okularów Purdy dyskretnie przyglądała się Natowi, próbując znaleźć przyczynę jego nagłej oschłości. Daremnie. Jego skupiona, pozbawiona najmniejszych śladów emocji twarz i przymrużone od słońca oczy nie zdradzały niczego.
Poczuła się niezręcznie. Zupełnie jakby swym szczęściem peszyła go, skłaniała do ucieczki w głąb siebie.
Dlaczego?
I nagle zrozumiała.
Podróż do Londynu i powrót do Australii były dla niej zapowiedzią przygody i szansą na spełnienie miłosnych i życiowych marzeń, zaś dla niego zwiastowały powrót do źródeł tragedii.
