
– Stać! – krzyknął Pico.
Ciężarówka zahamowała ze zgrzytem, niecałe sto metrów od nacierającego ognia, i wszyscy wysiedli.
– Rozstawcie się jak najszerzej i niech każdy wykarczuje kawałek poszycia – komenderował Pico. – Ziemię rzucajcie w stronę płomieni. Może zdołamy skierować ogień do stawu! Szybko!
Powyżej stawu, za tamą, ogień wypalił szerokie półkole po obu stronach rzeki. Czerń spalonego poszycia powiększała się zastraszająco. Dym unosił się znad niej, a płomienie wyskakiwały w górę, niczym chowające się gdzieś przy ziemi diabliki. Żywe, szarozielone zarośla w sekundę zmieniły się w sczerniałe popioły.
– Dobrze, że prawie nie ma wiatru! – zawołał Pete. – Kopać, chłopaki!
Rozstawiali się na wprost nadciągającej wolno linii ognia, po lewej stronie rzeki, i wzięli się do wycinania drzewek, wyrywania poszycia i kopania płytkiego rowu, rzucając ziemię w stronę ognia.
– Patrzcie! – Bob wskazał drugi brzeg rzeki. – Przyjechał Chudy i ten rządca Cody!
Za rzeką Chudy, rządca i jeszcze wielu mężczyzn wysypywało się z półciężarówki Norrisa i dwu innych ciężarówek. Uzbrojeni w łopaty i siekiery wszczęli po swej stronie walkę z pożarem. Jupiter zauważył, że był tam nawet pan Norris, który wymachując rękami rzucał rozkazy.
Obie grupy walczyły z ogniem, ledwie widząc się nawzajem przez dym i płomienie. Zdawało się, że trwało to całe godziny, ale sądząc z wysokości słońca, ukazującego się od czasu do czasu przez dym i ciemniejące chmury, nie minęło więcej niż pół godziny od przybycia obu ekip.
Przyjechali ludzie z zarządu lasów, z cysternami chemikalii i buldożerami. Pomocnicy szeryfa przyłączyli się do grupy Alvarów i Norrisów. Wozy straży pożarnej nadciągały z Rocky Beach i ze wszystkich okolic. Wozy z pompami podjechały tyłem do stawu i rzeki i wkrótce potężny strumień wody uderzył w nacierające płomienie.
