Wszystkie ciężarówki wysłano po oczekujących ochotników. Odjechał Hans, a po drugiej stronie stawu ciężarówki Norrisów pędziły na południe, do szosy lokalnej.

Kilka helikopterów i samolotów nurkowało nisko nad płomieniami i dymem, wylewając na nie zbiorniki wody i tłumiących ogień chemikaliów. Niektóre przelatywały aż za góry, nad niewidoczny stąd pożar. Inne oblewały swym ładunkiem walczące z ogniem ekipy.

Przez następną godzinę wydawało się, że zmagania są bezowocne. Płomienie postępowały coraz dalej. Wszyscy musieli się cofać, żeby dym ich nie dławił. Ale brak wiatru i szybka akcja tak po stronie Alvarów, jak i Norrisów, powoli przynosiła efekty. Ogień w końcu jakby się zawahał. Wciąż buchał wściekle, okrywając gęstym dymem niebo i ziemię, ale zdawał się tylko pozorować natarcie, stąpając w miejscu, jak unieruchomiona armia.

Został więc zatrzymany, ale nie ugaszony! Ciężarówki nie przestawały jeździć tam i z powrotem, przywożąc nowych ochotników z odległej szosy.

– Nie ustawajcie! – krzyczał kapitan strażaków. – W każdej chwili może zacząć się znów rozprzestrzeniać!

Dziesięć minut później Jupiter wyprostował się ze znużeniem, by otrzeć spoconą twarz. Coś go pacnęło w policzek i wykrzyknął:

– Deszcz! Pico! Wujku Tytusie! Pada!

Powoli spadały wielkie ciężkie krople. Rozciągnięci w długą linię, walczący z ogniem przerwali pracę i spoglądali w górę. Wtem niebo jakby się otworzyło i na ich poczerniałe od dymu twarze runął istny potop. Rozbrzmiał wielki zgodny okrzyk radości, a ogień syczał i parował.

– Deszcz! – radował się Bob, podstawiając umazaną sadzą twarz pod nawałnicę wody. Co pewien czas rozlegał się grzmot.



16 из 109