
Dym roznosił się wokół i języki płomieni wciąż lizały zwęglone zbocza, ale niebezpieczeństwo już minęło. Ochotnicy zbierali się do odjazdu, zostawiając resztę pracy strażakom i służbie leśnej.
Ludzie Alvarów, umorusani, mokrzy i zmęczeni, zgromadzili się na bitej drodze koło tamy. Hans nie wrócił jeszcze z ostatniej tury. Ulewa zaczęła słabnąć, przeszła w równomierną mżawkę i niebo późnego popołudnia trochę przejaśniało.
– Chodźcie – powiedział Pico. – Możemy wrócić pieszo. To niecała mila, rozgrzejemy się w ruchu. Zmęczeni, przemoczeni, ale szczęśliwi chłopcy pomaszerowali w dół wraz z innymi. Wąska bita droga, błotnista od deszczu, zatłoczona była ciężarówkami i pieszymi, zmierzającymi wolno na południe. Na wprost majaczył wysoki grzbiet, oddzielający Santa Inez od wyschniętego strumienia.
Pico obrzucił spojrzeniem tłumy grzęznące w błocie i pociągnął za sobą swych towarzyszy.
– Tędy jest krótsza i przyjemniejsza droga do hacjendy – wyjaśnił detektywom i wujkowi Tytusowi.
Poszli skrajem tamy i znaleźli się na wielkim, pokrytym niskimi zaroślami wzniesieniu u stóp wysokiego pasma wzgórz. Było to wzniesienie, które zamykało strumień po zachodniej stronie. Niewyraźna ścieżka wiodła w dół do koryta rzeki. Nim zeszli w dół, obejrzeli się za siebie. Cały obszar powyżej tamy, po obu stronach rzeki, był zniszczony przez ogień.
– Spalona ziemia nie zdoła zatrzymać wody – powiedział posępnie Leo Guerra. – Jeśli będzie dalej padało, dojdzie do powodzi.
Szli spiesznie w dół wzniesienia i wzdłuż błotnistego teraz koryta Santa Inez. Po drugiej stronie rzeki przebiegała bita droga, prowadząca przez ranczo Norrisów. Była również zatłoczona pojazdami i ludźmi wracającymi na szosę lokalną. Detektywi dostrzegli sunącą wolno półciężarówkę Norrisów. Chudy siedział wraz z innymi na platformie. Zobaczył chłopców po drugiej stronie rzeki, ale nawet on był zbyt zmęczony, by zareagować.
– Czy to już ziemia Norrisów? – zapytał Bob.
