
Pico skinął głową.
– Rzeka stanowi naszą granicę, od szosy lokalnej aż po tamę. Potem granica biegnie na północny wschód, przez krótki odcinek w górach. Tama i rzeka powyżej niej znajdują się w całości na naszej ziemi.
Wysokie skaliste wzniesienie na prawo od nich obniżyło się. Detektywi mogli teraz widzieć poza nim kilka długich wzgórz, wybiegających na południe. Pico wszedł na trawiasty szlak, odbijający od koryta rzeki i wiodący przez małe pagórki. Maszerowali, rozciągnięci w długi sznur, i podziwiali nie dotknięty ogniem krajobraz. Pagórki były porośnięte rzadkimi, niskimi zaroślami, między którymi przeświecały brązowe skały. Dym wciąż unosił się w powietrzu, ale deszcz niemal ustał. Słońce na chwilę przebiło się przez chmury i zaszło.
Pete miał wciąż dość sił, by iść szybko, a Jupiter zbyt się niecierpliwił, by marudzić. Wkrótce obaj wysunęli się na czoło pochodu. Gdy wspinali się po zboczu ostatniego wzgórza, odbili już od reszty o dziesięć lub dwadzieścia metrów.
– Jupe! – wykrzyknął Pete wskazując w górę.
Wysoko, na górskim grzbiecie nad nimi, przez snujący się dym przebijał się mężczyzna na wielkim, czarnym koniu! Chłopcy wpatrywali się w półmroku w szarżującego wierzchowca, którego potężne kopyta biły przesycone dymem powietrze i którego głowa…
– On… on… – wyjąkał Jupiter. – On nie ma głowy!
Stojący dęba na grani wielki koń był stworem bezgłowym.
– Uciekajmy! – wykrzyknął Pete.
Rozdział 4. Bezgłowy koń
Mieli wrażenie, że bezgłowy koń skacze na nich przez dym!
Pete i Jupiter zawrócili w ucieczce, równocześnie Bob i Diego biegli w górę. Za nimi, wąską ścieżką wśród wzgórz, spieszyli wujek Tytus, Pico, Leo Guerra i Porfirio Huerta.
– On nie ma głowy! – wrzeszczał Pete. – To duch! Uciekajmy!
Bob zatrzymał się i spojrzał w górę na jawiącego się w rzedniejącym dymie konia i jeźdźca. Otworzył szeroko oczy.
