
– Jupe, Pete, to tylko… – zaczął.
Diego pokładał się ze śmiechu.
– To posąg Cortesa, chłopcy! Dym wywołał wrażenie, że koń się porusza!
– To nie może być Cortes! – krzyczał Pete. – Ten wasz posąg miał głowę!
– Głowę? – Diego przyglądał się uważnie. – Ależ tak, koń stracił głowę! Ktoś uszkodził posąg! Pico!
– Widzę – powiedział Pico, który zbliżył się wraz z pozostałymi. – Chodźmy się temu przyjrzeć.
Wdrapali się po zasnutym dymem zboczu pod drewniany pomnik. Tułów zarówno konia, jak i jeźdźca był grubo wyciosany z jednego kloca. Nogi, ręce, miecz i siodło wyrzeźbiono oddzielnie i połączono z korpusem zwierzęcia. Koń był cały czarny, tylko ozdobiony kastylijską żółcią i czerwienią. Pod wysokim siodłem, packi farby miały wyobrażać wzorzystą kapę. Jeździec był również pomalowany na czarno, z wyjątkiem żółtej brody, niebieskich oczu i czerwonych ozdób na zbroi. Farba już dawno wyblakła.
– Pomnik odmalowywano dość systematycznie, ale ostatnio nie zdołaliśmy o to należycie zadbać – powiedział Diego. – Myślę, że drewno zaczyna teraz gnić.
W trawie tuż przy pomniku zobaczyli odłamaną głowę konia z otwartym pyskiem, pokrytym wyblakłą czerwienią. Pico wskazał na ciężki metalowy pojemnik, leżący obok.
– To odwaliło koniowi głowę. Puszka po chemikaliach do gaszenia ognia. Musiała spaść z samolotu albo helikoptera, kiedy leciały nad pomnikiem.
Pete przykucnął, żeby obejrzeć głowę. Długi kawał drewna tworzył ją wraz z szyją konia. Głowa i szyja były wydrążone w środku, jakby rzeźbiarz chciał zmniejszyć ich wagę przed przymocowaniem do tułowia. Coś wystawało nieco z wydrążonej szyi. Pete wyciągnął to na zewnątrz.
– Co to? – zapytał.
– Daj obejrzeć – poprosił Jupiter.
Trzymał teraz w ręce długi, cienki walec ze skóry, usztywniony matowym metalem i pusty w środku.
– Wygląda jak pochwa miecza – powiedział z namysłem. – Wiesz, to, w czym nosi się miecz, jak rewolwer w olstrze. Tylko…
