
Wciąż myśleli o czworgu wędrujących samotnie po groźnych przestrzeniach, po tajemniczych pustkowiach zimnych Gór Czarnych. Nic nie mogli dla nich zrobić, tylko czekać i mieć nadzieję.
– Co z farangilem, Dolgu? – zapytał Faron cicho. – Czy coś się poprawiło?
– Nie wiem, Faronie – odpowiedział głucho strażnik szlachetnych kamieni – Boję się, że już nigdy nie będzie naprawdę czysty.
– Zło, które go dotknęło, było zbyt wielkie. Zbyt często nasz czerwony klejnot musiał się mierzyć z draństwem i nienawiścią – przytaknął Cień. – A co z szafirem?
– Też zmętniał, ale nie aż tak – wyjaśnił Dolg.
Ram siedział w milczeniu, obejmując ramieniem Indrę. Odnaleźli się nareszcie oboje, ale czy kiedykolwiek jeszcze dane im będzie zobaczyć piękne Królestwo Światła, tego nikt nie wiedział.
U posłania Tsi czuwała Siska, blada ze zmęczenia i troski. Elf ziemi i lasu znowu spał, ale jego świszczący, ciężki oddech nie wróżył nic dobrego.
Madrag Tich siedział bez słowa nad swoimi migającymi lampkami i nieustannie wypatrywał, czy nie dostrzeże czegoś w ciemniejącej coraz bardziej dolinie. Na podłodze leżał Freki, wilk, który z własnej woli został, żeby im pomagać.
Dolg, samotny nawet w gronie towarzyszy, wstał i bezszelestnie poszedł zobaczyć swoje kamienie. Przekroczył próg małego, tajemnego pokoiku, gdzie leżały w ciepłym blasku niedużego Świętego Słońca. Zamknął drzwi i znalazł się sam na sam z kamieniami.
Światło słońca było bardzo silne, szafir jednak pozostawał od dłuższego czasu mętny, a farangil czarny.
Dolg, jedyny, który miał prawo dotykać owych rzadkiej urody klejnotów, wziął ukochany kamień drżącymi rękami.
– Mój najdroższy – szeptał cicho. – Najdroższy, ja naprawdę nie chciałem!
Był taki smutny, tak mu było ciężko na sercu, że łzy zaczęły spływać na dawniej taki promieniejący farangil. I oto tam, gdzie upadła łza, kamień stawał się jaśniejszy.
Teraz Dolg płakał z radości, łzy kapały, farangil jaśniał, bo łzy miłości i troski są w stanie uleczyć najcięższą ranę.
