
Kamień wciąż jeszcze nie był taki czysty jak dawniej, trzeba było na to chyba znacznie więcej czasu i starań, ale trochę pomogło.
– Tak strasznie was teraz potrzebujemy – szeptał uradowany Dolg do wszystkich trzech skarbów: farangila, szafiru i małego słoneczka, świecącego ze zdumiewającą siłą. – Potrzebujemy was, bo nasze zadanie wciąż nie zostało spełnione. Gdzieś w górach błąkają się nasi przyjaciele, są sami na najbardziej groźnych pustkowiach.
Jego myśli przepełniał lęk o nieobecną czwórkę, obejmował dłońmi to czerwony, to niebieski kamień, oba pomagały mu w tylu groźnych sytuacjach, a teraz zostały tak ciężko uszkodzone.
– Pomóżcie im – błagał szeptem. – Skierujcie swoje gorące promienie do ich serc, przekażcie im waszą siłę tak, jak ja staram się tchnąć w was moją.
Długo jeszcze stał w milczeniu, z zamkniętymi oczyma, pogrążony w modlitwie.
Na zewnątrz było śmiertelnie pusto, bardzo ciemno i bardzo zimno…
Wtedy, przed wieloma dniami, kiedy rozdzielali się na dwie grupy w zatraconych górach zła, po raz ostatni widzieli swoich drogich wybranych i patrzyli, jak tamci znikają w ciemnościach w poszukiwaniu nieznanych ścieżek wiodących do źródła dobra. Usłyszeli, że jakaś brama się zatrzasnęła, i nic już nie było widać.
Serca patrzących w ślad za odchodzącymi wypełniły pustka i lęk.
Kiedy wrota się zamknęły, czworo wysłańców stanęło w mrocznej ciszy, domyślając się, że tędy od dawna nikt nie wędrował.
W skład grupy bardzo starannie wybranej do trudnej i niebezpiecznej wędrówki wchodziły duchy Shira i Mar, którzy już podobną drogę przeszli przed setkami lat. Trzeci w grupie, Marco, książę Czarnych Sal, nie był duchem, lecz żyjącym człowiekiem. Dzięki pochodzeniu jednak obdarzony został bardzo długim, niemal wiecznym życiem. Ludzie Lodu uważali go za kogoś tak ważnego, że wprost trudno to wyrazić.
