Skała okazała się niesamowicie gładka, często musieli się zatrzymywać i zastanowić, jak posuwać się dalej, zwłaszcza że od czasu do czasu stopnie po prostu się kończyły i zaczynały znowu znacznie wyżej. Wtedy duchy musiały pomagać, wciągać Marca i Oko Nocy, żeby mogli wspinać się dalej.

Nie wiedzieli już, jak długo to wszystko trwa, mieli wrażenie, że idą tak od wielu dni. W końcu jednak nad głowami zamajaczyło coś jaśniejszego, jakby niebo przed świtem. Znajdowali się na górze.

Oszołomieni rozglądali się w wiecznym szarym mroku gór zła. Byli teraz bardzo wysoko, znacznie wyżej niż kiedykolwiek mogliby przypuszczać, i nagle uświadomili sobie, że nie prowadzi tutaj żadna inna droga niż ta, którą właśnie przebyli. Oto przedostali się poprzez wnętrze głównej góry, wyszli na przeklęty szczyt zła.

Mieli szczęście, że nikt ich nie spostrzegł!

Wszędzie było tak ciemno, tak strasznie zimno, lodowaty wiatr przenikał do szpiku kości.

– Usiądźmy na chwilę – zaproponował Marco. – Odpocznijmy, a potem obmyślimy następny ruch.

To rozsądna propozycja, rozlokowali się zatem pod osłoną wystającej skały. Wokół nich wznosiły się do nieba, ostre szczyty, przerażająco czarne. Ale ponad sobą, oszałamiająco daleko, widzieli dającą pociechę gwiazdę, która była ich domem. Ich ukochanym Królestwem Światła.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu i dyszeli po ciężkiej wspinaczce.

Oko Nocy zastanawiał się, jak zdoła wypełnić powierzone mu zadanie. Był, rzecz jasna, przygotowywany, długo i starannie, ale kto mógłby mu powiedzieć, co tam na niego czeka? Kiedy siedziało się bezpiecznie w domu, w pięknym, jasnym królestwie, trudno było sobie wyobrazić miejsce, w którym się teraz znajdowali, nie mówiąc już o tym, co jeszcze nadejdzie.



7 из 159