
– Co teraz? – zapytał Pete niemal szeptem.
Jupe, ze zdecydowaną miną, wszedł na niski, zbity z desek ganek.
– Zapukamy do drzwi i powiemy panu Hallowi, że jesteśmy. Zapukał ostro, ale nikt nie odpowiedział.
– Panie Hall! – zawołał.
Bob podrapał się w głowę.
– Chyba nie ma go w domu.
Pete podniósł rękę ostrzegawczym gestem.
– Czekajcie! Coś słyszę.
Teraz usłyszeli wszyscy. Zza domu dobiegł skrzekliwy dźwięk, wznosząc się i opadając. Zbliżał się do nich. Słyszeli już chrobot żwiru. Wycofali się przerażeni, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w narożnik domu.
Nagle ukazał się. Biegł po nierównej linii, rzucając wściekle głową. Żółte nogi wpierał zapamiętale w ziemię.
Trzej Detektywi wytrzeszczyli oczy.
ROZDZIAŁ 4. Podchodzić lwa
Jupiter pierwszy odzyskał głos.
– Baczność! Kryć się przed atakiem szalonego koguta!
– Och, nie! – Pete był zakłopotany. – To tylko kogut?
Bob odetchnął z ulgą.
– Nie do wiary.
Patrzył na rozsierdzone czarne ptaszysko, którego gdakanie jeszcze przed chwilą brzmiało tak złowieszczo, i wybuchnął śmiechem.
– Sio! – zawołał, machając rękami.
Wystraszony kogut rozpostarł czarne skrzydła. Gdacząc gniewnie i potrząsając czerwonym grzebieniem, czmychnął w poprzek drogi.
Chłopcy śmiali się serdecznie.
– Oto przykład, jak mogą cię zwieść zmysły – powiedział Jupe. Przestraszyła nas dżungla i głosy dzikich zwierząt i nastawiliśmy się, ze wyskoczy na nas coś niebezpiecznego. – Wszedł ponownie na ganek.
– Hej, Jupe! – zawołał Bob. – Tam! Zobacz!
Popatrzyli na gęste zarośla. Coś poruszało się wśród nich. Wreszcie ukazał się mężczyzna w ubraniu khaki.
– Pan Hall! – zawołał Jupe.
Wszyscy trzej podbiegli do mężczyzny.
– Dzień dobry – powiedział Pete. – Szukaliśmy pana.
Mężczyzna patrzył na nich pytająco. Był przysadzisty, o szerokiej piersi. Niebieskie oczy kontrastowały żywo z głęboką opalenizną twarzy. Miał długi nos, skrzywiony w bok. Wyblakła koszula safari była rozpięta pod szyją. Na głowie miał stary wojskowy kapelusz z szerokim rondem, odgiętym nad jednym uchem.
