
– Słusznie – Pete nie tracił czasu na wyjaśnienia, wyminął dziewczynę i pobiegł na drugą stronę domu, gdzie drzwiami na taras wszedł do salonu.
Orkiestra wciąż grała, a goście starali się ją przekrzyczeć. Jupe i Bob, lekko zziajani, krążyli dzielnie ze swoimi tacami.
Pete przemknął szybko między tłumem gości do Marilyn Pilcher, zajętej rozmową z kobietą w szarej toalecie. Dotknął jej łokcia. Odwróciła się i na widok Pete'a zmarszczyła gniewnie brwi.
– Miałeś tam zostać z moim ojcem! – zawołała, przekrzykując orkiestrę.
Pete zaczął wyjaśniać sytuację, ale hałas był zbyt duży. Potrząsnął głową i skinął na Marilyn, żeby wyszła do kuchni.
Przechodząc przez jadalnię, Marilyn zauważyła Raya Sancheza. Krążył wokół Harry'ego Burnside'a, który ustawiał na bufecie półmiski z cienko pokrojoną szynką i piersią indyczą i salaterki z sałatkami. Skinęła na niego i Ray poszedł za nią do pustej kuchni, zamykając za sobą drzwi, żeby stłumić hałas orkiestry.
– Wszedłem do łazienki, żeby umyć ręce i wtedy pani tato mnie w niej zamknął – powiedział Pete. – Minutę, może dwie później usłyszałem za drzwiami głuchy huk. Myślę, że on się przewrócił. Wzywałem pomocy, ale nikt mi nie odpowiadał, więc zszedłem na dół po drzewie i myślę…
Nim zdążył powiedzieć więcej, Marilyn biegła już do tylnej klatki schodowej, a Sanchez ruszył za nią.
Drzwi jadalni uchyliły się i do kuchni zajrzał Jupe. Bob zerkał nad jego ramieniem.
– Co się dzieje? – zapytał Jupe.
– Myślę, że stary Pilcher dostał kolejnego, tym razem mocniejszego ataku – Pete opowiedział mu o wszystkim. – Córka starego poszła na górę zobaczyć, co się stało.
Jupe popatrzył na sufit, potem w ich kierunku.
– Jupe, nie rób tego – poprosił Bob. – Jeśli jej ojciec rzeczywiście zasłabł, Marilyn może być zła, że wtykamy nos w nie swoje sprawy.
– Jeśli pan Pilcher jest chory, jego córka może potrzebować pomocy – oświadczył Jupiter.
