
– Nie jestem specjalnie zainteresowany zwiedzaniem miasta – powiedział Djaro. – Widziałem już tyle miast. Wolałbym porozmawiać jeszcze chwilę z tymi chłopcami. To pierwsi amerykańscy chłopcy, z którymi mogę się zetknąć. Powiedzcie mi – zwrócił się do Trzech Detektywów – czy Disneyland jest zabawny? Bardzo chciałem to zobaczyć.
Zapewnili go, że Disneyland jest wspaniały i wart zwiedzenia. Djaro zdawał się ucieszony i markotny zarazem.
– Doprawdy, to żadna przyjemność być wciąż otoczonym przez straż przyboczną – powiedział. – Najwidoczniej książę Stefan, który jest moim opiekunem i regentem Waranii do czasu mej koronacji, nakazał nie dopuszczać do mnie nikogo. Żebym nie złapał kataru czy czegoś w tym rodzaju. Śmiechu warte. Nie jestem ważną głową państwa, na którą ktoś chciałby dokonać zamachu. Warania nie ma wrogów, a ja jestem doprawdy mało ważny.
Zamilkł na chwilę i zdawało się, że podejmuje jakąś decyzję. Wreszcie zapytał:
– Czy poszlibyście ze mną do Disneylandu? Bylibyście moimi przewodnikami. Byłbym doprawdy wdzięczny. Tak bym chciał dla odmiany spędzić czas z przyjaciółmi.
Ta propozycja zaskoczyła ich. Z drugiej strony nie mieli na dziś żadnych planów i chętnie poszliby do Disneylandu. Jupiter zadzwonił więc do składu złomu z telefonu zainstalowanego w samochodzie, by porozmawiać ze swoją ciocią. Djaro obserwował go z zainteresowaniem. Następnie straż przyboczna księcia wtłoczyła się do amerykańskiego samochodu towarzyszącego gościom. Bob, Jupiter i Pete wsiedli do limuzyny wraz z Djaro i wysokim mężczyzną o ostrych rysach twarzy, który narobił przedtem tyle szumu wokół niedoszłego wypadku.
– Księciu Stefanowi nie będzie się to podobało – powiedział teraz nachmurzony. – Polecił mi nie dopuścić do żadnego ryzyka.
– Nie ma żadnego ryzyka, książę Rojas! – odpowiedział ostro Djaro. – Najwyższy czas, żeby księciu Stefanowi zaczęło się podobać to, co mnie się podoba. Za dwa miesiące będę sprawował w kraju rządy i słowo moje, a nie księcia Stefana, stanie się prawem. A teraz powiedz Markosowi, żeby przestrzegał znaków drogowych. Po raz trzeci byliśmy o włos od wypadku, bo on się uparł zachowywać tak, jak byśmy byli w Waranii. Żeby mi się to więcej nie powtórzyło!
