
– Brojas! – wykrzykiwał Djaro. – Och, jakże wam zazdroszczę! Amerykańscy chłopcy mają tyle swobody. Wcale nie chciałem być księciem. No, prawie wcale. Sprawowanie rządów w moim kraju, jakkolwiek jest mały, to mój obowiązek. Nigdy nie byłem w szkole, zawsze miałem guwernerów. Tak więc niewielu mam przyjaciół i nigdy, aż do dziś, nie robiłem nic emocjonującego. W życiu nie miałem takiej zabawy. Czy wolno mi uważać was za przyjaciół? Bardzo bym tego pragnął.
– Będziemy twymi przyjaciółmi z radością – odpowiedział Pete.
– Dziękuję – książę Djaro uśmiechnął się. – Czy wiecie, że dziś po raz pierwszy postawiłem się księciu Rojasowi? To był dla niego szok. I będzie to szok także dla księcia Stefana. Czeka ich więcej szokujących niespodzianek. W końcu jestem księciem i zamierzam… jak to powiedzieć?…
– Domagać się należnego respektu? – podsunął Jupiter.
– Narzucić swą wolę – powiedział Bob.
– Tak jest, narzucić swą wolę – podchwycił Djaro radośnie. – Księcia Stefana czekają niespodzianki.
Wjeżdżali do Rocky Beach. Jupiter objaśnił szoferowi, jak jechać do składu złomu Jonesa i w kilka minut byli pod wielką, żelazną bramą składu. Gdy wysiadali, Jupiter zaprosił księcia do ich Kwatery Głównej, lecz Djaro potrząsnął głową.
– Niestety, nie mam już czasu. Wieczorem muszę iść na jakiś obiad, a jutro lecę z powrotem do Waranii. Stolicą Waranii jest Denzo. Pałac, w którym mieszkam, wzniesiono na ruinach starego zamku. Zawiera trzysta pokoi, jest niezbyt przytulny i pełen przeciągów. To jedna z cen, jakie się płaci za książęcy tytuł. Nie, nie mogę zostać dłużej, choć bardzo bym chciał. Muszę wracać i przygotować się do objęcia rządów w moim kraju. Ale nigdy was nie zapomnę i któregoś dnia spotkamy się ponownie. Jestem pewien.
Wsiadł do swej wielkiej limuzyny i odjechał. Za nim podążył mniejszy samochód, w którym stłoczeni ludzie ze straży przybocznej przylgnęli twarzami do okien. Trzej chłopcy spoglądali za odjeżdżającymi.
