– Całkiem miły facet jak na księcia – powiedział Pete. – Jupe… Jupe, o czym ty myślisz? Masz ten twój wyraz twarzy!

Jupe zamrugał oczami.

– Zastanawiające. Myślałem o tym, jak to o mało nie wpadliśmy na jego samochód. Czy nie zaskoczyło was w całym zajściu coś dziwnego?

– Dziwnego? – zapytał Bob. – Nie, może o tyle, że mieliśmy szczęście, bo nie doszło do zderzenia.

– O co ci chodzi? – zapytał Pete.

– O Markosa, szofera księcia – odparł Jupiter. – Wyjechał z ulicy, gdzie był znak “stop”, prosto przed nasz samochód. Musiał nas widzieć, ale zamiast dodać gazu, żeby zjechać nam z drogi, zahamował. Gdyby Worthington nie był doskonałym kierowcą, rąbnęlibyśmy w limuzynę dokładnie w miejscu, gdzie siedział Djaro. Prawdopodobnie zostałby zabity.

– Pewnie Markos po prostu zgłupiał i zrobił coś, czego nie powinien – powiedział Pete.

– Zastanawiam się… – mruknął Jupiter. – Och, mniejsza o to! Chyba to nic ważnego. Fajnie, że spotkaliśmy Djaro. Wątpię, czy go jeszcze kiedyś zobaczymy.

Lecz Jupiter się mylił.

Rozdział 2. Niespodziewane zaproszenie

Kilka dni później Trzej Detektywi siedzieli w swej Kwaterze Głównej, czyli przerobionej przyczepie kempingowej, ukrytej wśród stert rupieci i złomu zalegających skład Jonesa. Bob czytał właśnie list, który nadszedł w porannej poczcie – pewna pani z Malibu Beach prosiła, by znaleźli jej zaginionego psa – gdy zadzwonił telefon.

Był to ich własny telefon i opłacali go z zarobionych u Tytusa Jonesa pieniędzy. Nieczęsto dzwonił. Gdy to się zdarzało, nieodmiennie oznaczało jakieś emocje. Jupiter porwał słuchawkę.

– Halo, tu Trzej Detektywi. Mówi Jupiter Jones.

– Dzień dobry, Jupiterku – zagrzmiał z podłączonego do telefonu głośnika głęboki głos Alfreda Hitchcocka. – Cieszę się, że cię zastałem. Chciałem dać ci znać, że niebawem będziesz miał gościa.



8 из 84