
— Nie wssspominając o koniecznośśści upewnienia sssię, że nikt nie lata, gdy odbiera mu sssię tę umiejętnośśść — dodał cierpko Ungphakorn. — Nie masz dośśść głosssów, żeby to wprowadzić, Bowman, nawet z Demonem. Daj sssobie spokój.
— Nigdy — oświadczył Paul, zrywając się na nogi. — W naszych rękach spoczywa przyszłość ludzkości, a wyją odrzucacie. Dla fantazji o rasie macierzyńskich kobiet wywodzących się znikąd i… — umilkł i bez słów wskazał na quetzacoatla.
— Wydaje mi się, że słowo, którego szukasz, to „ohydztwo” — lekkim tonem odezwała się Sheida. — Nieprawdaż?
— Tak! — krzyknął Chansa, najwyraźniej straciwszy cierpliwość. — Ohydztwa! Smoki i jednorożce oraz twój ukochany lud morza. To wcale nie są ludzie. To śmieci, nic więcej niż zdegenerowane ŚMIECI!
— Ojej — powiedziała Ishtar. — Wydaje mi się, że zdenerwowaliśmy naszego dobrego Chansę. Pozwól, że cię spytam, chłopcze, czy twoje naturalne geny wskazują, że powinieneś mieć trzy metry wzrostu i dwieście kilo wagi?
— To nie ma nic do rzeczy — burknął członek Rady. — Przynajmniej jestem człowiekiem.
— Tak, no cóż, wydaje mi sssię, że to zamyka sssprawę — stwierdził Ungphakorn. — Dziękuję za wyjaśśśnienie tego punktu. Czasss na głosssowanie. Głosssuję, aby rozmowy na temat sssposssobów zmussszenia ludzi do pracy, aby zaczęli szybciej sssię rosssmnażać i dyssskusssje o przewidywalnym końcu „obrzydliwych” Przemienionych były permanentnie zabronione.
— Nie usłyszeliśmy jeszcze ani słowa od kilku członków Rady — zauważyła Sheida. — Minjie? Tetzacola? Byliście niezwykle milczący.
