
I właśnie przez to mogło mu się wydawać, że jest w stanie samodzielnie ocalić planetę. A może po prostu taki był: samotny wojownik, Horacjusz na moście. Naprawdę wierzył w etos wojownika, filozofię rycerza, sans peur, sans reproche. I sprawił, że jego żołnierze też w to wierzyli dzięki wyrazistości jego wizji i sile przekonywania. To właśnie ta wizja pomogła im wytrwać. Ale teraz mógł właśnie płacić za to cenę.
Sierżant Ernest Pappas, dawniej w korpusie marines Stanów Zjednoczonych, wiedział, że rycerze w lśniących zbrojach nie są niczym więcej niż morderczymi bydlakami na koniach. Wiedział, że jedyne, co się liczy, to przetrwać. Tylko przetrwać. Może uda się zatrzymać wroga, a może nie. Ale dopóki się żyje, o zgrozo, to musi wystarczyć.
Jednak sierżant Pappas wiedział też, że nie to skłania chłopców, żeby wstali i zaczęli strzelać. Chłopcy po prostu wierzyli, że jeśli jest z nimi „Żelazny” O’Neal, nie mogą przegrać. I tak powinno być.
Pappas spojrzał w dół, na dym i płomienie unoszące się nad gruzami miasta, i westchnął. Gdyby kapitan Karen Slight próbowała poprowadzić batalion w ten ogień, wyparowaliby jak woda na ruszcie. Bo jej by nie uwierzyli.
— Majorze? — powiedział, kładąc dłoń na ramieniu Mike’a.
— Ernie — odparł major. Walczyli razem, odkąd O’Neal objął dowodzenie kompanią Bravo w złych czasach, kiedy to wydawało się, że cała Armia postradała rozum. Przeszli razem przez wiele dobrych i złych chwil, głównie złych, i to właśnie Pappas i O’Neal razem utworzyli pierwszy batalion 555 pułku i sprawili, że był tym, czym był.
