
Być może znał całą prawdę od chwili, gdy wysiedli z samolotu. Być może przyszło mu do głowy, że Jill ma do odegrania pewną rolę w wyrachowanym planie Marianne. Angażując do tej sprawy Jill, wybrała ona jeden z najokrutniejszych sposobów na to, aby poinformować swojego byłego kochanka o tym, że ma on kilkuletniego syna. Chociaż może „okrutny" to nie było odpowiednie słowo. Może Marianne nie była zdolna do tego, aby umyślnie być okrutną.
Jedno wszelako było pewne: cenę za to, co zrobiła, zapłacą aż trzy osoby. Oby tylko w całej tej sprawie nie ucierpiało Bogu ducha winne dziecko.
– Co to takiego? – Z zamyślenia wyrwał ją głos chłopca.
Po chwili do jej uszu doszło głośne ujadanie, które odbijając się echem, brzmiało jak przerażające wycie wilka. Jill pochyliła się i objęła Kipa ramieniem
– To właśnie Bestia – uspokoił ich Zane. – Spokojnie, polubicie go. Właśnie w ten sposób nas wita.
– A gdzie on jest? – dopytywał się Kip, podskakując niecierpliwie.
– Za wami.
Odwrócili się natychmiast. Prosto w ich kierunku biegł ogromny, biało-czarny pies. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak najprawdziwszy husky, ale Jill była pewna, że w jego żyłach płynęła wilcza krew.
– Jaki wielki! – zawołał Kip z zachwytem.
– Zdejmij rękawiczkę i ostrożnie wystaw rękę, żeby mógł cię powąchać.
Kip bez wahania zrobił to, co polecił Zane. Zdumiewające było jego bezgraniczne zaufanie do tego człowieka.
– O, właśnie tak… Teraz pogłaszcz go po głowie.
Chłopiec wspiął się na palce, z trudem próbując dosięgnąć ucha Bestii. Mądry pies zdawał się dostrzegać zmagania chłopca, bo zbliżył się do niego, pochylając głowę. Kip nie posiadał się z radości.
