– Nie – odparła. Nagle zapragnęła znaleźć się gdzie indziej, jak najdalej od tego miejsca. – Jestem jego wychowawczynią, w przedszkolu. Nazywam się Jill Barton.

Jego ręce spoczęły na jej ramionach. Przez gruby materiał kurtki czuła bijące od nich ciepło.

– Dlaczego więc to pani go tu przywiozła? Gdzie jest jego matka?

Jill spuściła głowę.

– W tej sytuacji to naprawdę nie ma znaczenia.

– Jilly, zimno mi! – poskarżył się płaczliwie Kip. – Kiedy przyjdzie tatuś?

– Poczekaj chwilę! – krzyknęła, odwracając się w jego kierunku, po czym powiedziała cicho: – Muszę już iść. Pilot czeka.

– Nie polecicie teraz – odparł Zane tonem nie znoszącym sprzeciwu; – Wiatr staje się coraz bardziej gwałtowny. Nie możecie ryzykować. Tym bardziej nie radziłbym zabierać w taką podróż małego.

– Zdaję sobie sprawę z niebezpieczeństw, obawiam się jednak, że nie ma innego wyjścia. Przecież nie mamy nawet gdzie przenocować.

– Możecie zostać u mnie, dopóki pogoda się nie poprawi – zaproponował. – Polecicie następnym samolotem.

Jill stanowczo potrząsnęła głową. Nie wyobrażała sobie, żemogłaby zostać skazana ni towarzystwo Zane'a, który nie miał pojęcia o tym, że jest ojcem Kipa.

– Damy sobie radę – powiedziała, starając się nie zwracać uwagi na złowrogie, zaśnieżone kry sunące po wodach zatoki.

– To samo powiedziała moja żona, zanim zniknęła we wnętrzu samolotu – rzekł ze smutkiem.

Popatrzyła na jego sztywną od mrozu, zaciętą twarz i zrozumiała, że do tej pory nie pogodził się z tamtą śmiercią.

– Jeśli mieszka pani w Ketchikan, to powinna pani wiedzieć, że na Alasce każdy dom jest otwarty dla podróżnych, szczególnie podczas burzy śnieżnej. Czy pani, nauczycielka, zaryzykuje życie cudzego dziecka tylko dlatego, że boi się pani skorzystać z zaproszenia nieznajomego?

Do oczu Jill napłynęły nie chciane łzy.

– Nigdy nie naraziłabym Kipa na niebezpieczeństwo – odparła, z zażenowaniem wycierając policzki grubą rękawiczką.



4 из 48