
– W takim razie o co chodzi? – zapytał łagodnie.
O co chodzi? O Marianne Mongrief, panie Doyle, odpowiedziała mu w myślach. Jest pan biologicznym ojcem Kipa, ale to ona będzie musiała panu otym powiedzieć, nie ja.
– Hej! Idzie już pani? – Głos pilota wyrwał ją z zadumy. – Musimy się pospieszyć!
Ostrożnie wyswobodziła się z ramion Zane'a i podeszła do Kipa.
– Twojego taty tu nie ma, ale nie będziemy dziś wracać, bo zanosi się na burzę śnieżną. Pan Doyle był tak miły, że zgodził się, abyśmy przenocowali u niego i poczekali, dopóki pogoda się nie poprawi. Chcesz tu jeszcze zostać?
– Jak ty chcesz – powiedział cicho chłopiec.
Uczucie zawodu zawładnęło nim całkowicie, pozbawiając go radosnego podekscytowania, które towarzyszyło oczekiwaniu na ojca. Jill miałaby teraz ochotę udusić Marianne za to, że całą ich trójkę postawiła w tej niezręcznej sytuacji.
– Chyba najlepiej będzie, jeśli przeczekamy tu burzę – zwróciła się do pilota.
– Słuszna decyzja – odparł, uśmiechając się do Kipa.
R. J. otworzył drzwi swojego samochodu.
– Jeśli będzie pani czegoś potrzebowała, proszę przyjść do sklepu. Trzymajcie się! – zawołał, pomachał im ręką i odjechał.
Zane natychmiast przejął dowodzenie.
– Kip, zanieś ten karton do samochodu, dobrze? – zwrócił się do chłopca. – Na pewno sobie poradzisz. Im prędzej stąd wyjedziemy, tym szybciej znajdziemy się w ciepłym domu.
– Mogę unieść nawet więcej! – Kip postanowił zmierzyć się z wyzwaniem i ochoczo ruszył w stronę auta.
Jill była zdumiona reakcją chłopca, który zwykle stronił od dorosłych. Sięgnęła po swoją walizkę i ruszyła za Doylem i jego synem. Patrząc na malca, odkryła, że porusza się w dokładnie taki sam sposób, jak Zane.
Nagle znowu przepełniło ją uczucie złości w stosunku do Marianne. Nie zważając na uczucia innych, a szczególnie własnego dziecka, wmieszała Jill w delikatną i nazbyt osobistą sprawę, którą sama powinna była się zająć.
