
Po chwili ładowali już bagaże do samochodu. Ku swojemu przerażeniu Jill spostrzegła, że para przenikliwych niebieskich oczu wciąż przygląda jej się badawczo.
– Spokojnie, pani Barton – odezwał się Zane. – Niech się pani nie denerwuje. Nie jest pani na takim strasznym odludziu.
Odetchnęła z ulgą, że nie wyczytał z jej twarzy prawdziwego powodu zmartwienia.
– Nie denerwuję się. Bywałam w gorszych miejscach niż całkowite pustkowie – odparła.
Uśmiechnął się nieoczekiwanie, a potem otworzył drzwi masywnej półciężarówki.
– Kip, siadaj koło mnie. – Kiwnął ręką na chłopca. – Będziesz więcej widział.
– A co będzie widać? – Kip skwapliwie skorzystał z zaproszenia.
Wdrapał się do środka i przysunął do Zane'a, chcąc zrobić miejsce dla Jill.
– No, renifery, jastrzębie…
– Jilly mówi, że jest ich coraz mniej.
– Ma rację. Te ptaki muszą być chronione. Dlatego moja firma znajduje się wiele kilometrów od ich gniazd.
Jill spodobało się to, co powiedział.
– Ma pan swoją firmę? – spytał tymczasem Kip.
– Mhm – odparł Zane, uruchamiając silnik.
– A jak się nazywa?
Jill patrzyła na chłopca z niedowierzaniem. Zadziwiające, jak swobodnie zachowywał się w towarzystwie tego nie znanego mu wcześniej mężczyzny.
Był ożywiony i wyglądało na to, że zamierza zasypać Zane'a mnóstwem kolejnych pytań.
– Nazywa się Bellingham-Waks Pulp and Lumber – Zane nie uchylał się od odpowiedzi. – Podoba ci się?
– Jilly, słyszałaś o takiej firmie?
Owszem, dyszała. Prawdę mówiąc, nie zdziwiło jej, iż Zane Doyle przeobraził się nagle z drwala we właściciela świetnie prosperującego koncernu zajmującego się przemysłem drzewnym. Nie wyglądał na prostego robotnika leśnego.
Ich spojrzenia znowu się skrzyżowały.
