
Kobieta przygotowywała dziecku posłanie, dorzuciła drew do ognia i w końcu usiadła na podłodze obok siennika Ogiona.
— Nikt się tobą nie opiekuje — powiedziała.
— Odesłałem ich — wyszeptał.
Jego twarz była ciemna i surowa jak zawsze, lecz teraz okolona białymi i wiotkimi włosami. Patrzył na Tenar oczyma pozbawionymi blasku.
— Mogłeś tu umrzeć, sam jeden — powiedziała gwałtownie.
— Pomóż mi to zrobić — odrzekł starzec.
— Jeszcze nie — poprosiła, pochylając się i przyciskając czoło do jego dłoni.
— Nie dziś — zgodził się. — Jutro.
Znalazł dość siły, aby podnieść rękę i pogładzić kobietę po włosach.
Wyprostowała się. Ogień już się rozpalił i jego blask igrał z cieniami na ścianach i niskim suficie.
— Gdyby przyszedł Ged… — mruknął starzec.
— Czy posłałeś po niego?
— On jest zgubiony — rzekł Ogion. — Chmura. Mgła ponad lądami. Powędrował na zachód. Niesie gałązkę jarzębiny. Do wnętrza mrocznej mgły. Nie ma mojego Geda.
— Nie, nie — szepnęła. — On wróci.
Milczeli. Powoli przenikało ich ciepło ognia. Tenar rozmasowa-ła sobie obolałe stopy i ramiona — nareszcie mogła odpocząć po całodziennej wędrówce. Stary czarnoksiężnik osunął się w drżący półsen.
Tenar wstała, nagrzała wody i zmyła z siebie pył drogi. Napiła się mleka, zjadła kawałek chleba, który znalazła w spiżami Ogiona, po czym usiadła przy posłaniu czarnoksiężnika. Przyglądała się jego twarzy. Siedziała tak, zamyślona, jak przed laty pewna dziewczyna, która żyjąc wśród ponurych murów świątyni wiedziała o sobie jedynie tyle, że jest Pożartą — kapłanką i sługą Mocy Ciemności. Pamiętała też kobietę z farmy, która wśród ciszy nocy, słuchając spokojnych oddechów męża i dzieci, cieszyła się krótkimi chwilami samotności. I była też wdowa, która przyprowadziła tu poparzone dziecko, a teraz siedziała przy umierającym starcu. Czekała na powrót mężczyzny, tak jak od zarania dziejów czekają wszystkie kobiety.
