
— Przywykłam już do mieszkania w cichym domu — pomyślała zapalając lampę.
Pewnego upalnego popołudnia stara przyjaciółka wdowy, Lark — co znaczy skowronek — przybiegła z wioski zakurzoną drogą.
— Goha — zawołała z daleka, widząc kobietę pielącą grządkę fasoli. — Goha, zdarzyło się coś złego. Coś bardzo złego. Czy możesz przyjść?
— Tak — odrzekła wdowa. — A cóż takiego się stało?
Lark nie mogła złapać tchu. Była niemłodą i tęgawą kobietą, do której dawne imię zupełnie już nie pasowało. Kiedyś, w młodości — wbrew opinii wszystkich wieśniaków — okazała swoją przyjaźń białej kargijskiej wiedźmie, którą Flint sprowadził do domu. Odtąd już zawsze były przyjaciółkami.
— Poparzone (kiecko — oznajmiła w końcu Lark.
— Czyje?
— Włóczęgów.
Goha poszła zamknąć bramę zagrody i obie kobiety ruszyły w stronę wsi. Lark całą drogę mówiła. Posapywała ciężko i co chwilę ocierała twarz, do której przylepiały się wirujące w powietrzu pyłki traw, obficie porastających pobocze drogi.
— Obozowali na łąkach nad rzeką, przez cały miesiąc. Mężczyzna, który podawał się za druciarza, jakaś kobieta i jeszcze jeden mężczyzna, młodszy. Wiesz, pełno się teraz włóczy takich band, mniejszych lub większych. Trzeba dobrze zamykać drzwi i radzę ci, żebyś to robiła. Ci tutaj też wyglądali nieszczególnie. Żadne z nich nie pracowało. Kradną, żebrzą albo żyją kosztem tej kobiety. Chłopcy znad rzeki płacili jej żywnością. Byłam właśnie na podwórzu, kiedy przyszedł ten młody mężczyzna. Powiedział, że dziecko jest chore. Właściwie wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że jest jeszcze z nimi dziecko. Zawsze jakoś wymykało się z pola widzenia. No, więc pytam, czy ono ma gorączkę, a ten typ mówi: „Poparzyła się rozpalając ogień”. Zanim zdążyłem przygotować się do wyjścia, on zniknął. Poszłam nad rzekę, ale tam też już nikogo nie było. Ani tych ludzi, ani ich rzeczy. Tliło się jeszcze ognisko, a tuż przy nim leżała…
