
Lark zamilkła na chwilę. Patrzyła wprost przed siebie, nie na Gohę.
— Nie przykryli jej nawet kocem — powiedziała w końcu. Ruszyła wielkimi krokami.
— Została wepchnięta do płonącego ogniska — dodała. Przełykała łzy i ścierała lepkie nasiona ze swej rozgrzanej twarzy. — Można by pomyśleć, że sama wpadła, ale gdyby była przytomna, próbowałaby się ratować. Pewnie ją bili, pomyśleli, że umarła i chcieli ukryć to, co zrobili, więc…
Znów się zatrzymała, a po chwili ruszyła.
— Może to nie on. Może on ją wyciągnął. Ostatecznie przyszedł po pomoc dla niej. Musiał być ojcem. Nie wiem. To nie ma znaczenia. Kto ma wiedzieć? Kto ma się troszczyć o to dziecko? Dlaczego robimy to, co robimy?
— Czy będzie żyła? — zapytała Goha niskim głosem.
— Mogłaby — odrzekła Lark. — Mogłaby śmiało żyć. Po chwili dodała: — Nie wiem, dlaczego musiałam przyjść do ciebie. Jest tam Ivy. Nic już nie można zrobić.
— Mogłabym pojechać do Yalmouth, po Beecha.
— On też nic nie poradzi. To jest poza… poza zasięgiem naszej pomocy. Ogrzałam ją. Ivy podała jej wywar leczniczy i uśpiła ją zaklęciem snu. Zaniosłam ją do domu. Musi mieć sześć czy siedem lat, a nie waży nawet tyle, co dwuletnie dziecko. Cały czas jest nieprzytomna. I tak dziwnie oddycha. Wiem, że nie możesz w niczym pomóc, ale potrzebowałam cię.
— Chcę tam pójść — rzekła Goha. Ale przed wejściem do chaty na chwilę wstrzymała oddech.
Dzieci wysłano na dwór, w domu panowała cisza. Dziewczynka leżała nieprzytomna w łóżku Lark. Wiejska czarownica, Ivy posmarowała mniejsze oparzenia maścią z liści oczaru i „lekarstwa — na-wszystko”. Nie dotykała prawej strony twarzy i głowy oraz prawej ręki, które były zwęglone do kości. Nakreśliła nad łóżkiem run Pirr i na tym poprzestała.
— Czy możesz coś zrobić? — zapytała szeptem Lark.
Goha stała patrząc na poparzone dziecko. Potrząsnęła głową.
