
Stary najwyraźniej źle widział, poza tym okno było brudne ponad wszelkie wyobrażenie, mimo to jednak dojrzał cud. Goram wypuścił renifery, chodziły teraz i pasły się na zielonej trawie poprzetykanej tysiącami tundrowych kwiatków. Renów pilnował bardzo rozradowany kundelek. Kiedy tak stali i patrzyli, dosłownie na ich oczach piękna tundra ożywała coraz dalej i dalej, aż do morza, roślinność pokrywała wyniszczoną ziemię.
– Cud, prawdziwy cud – szeptał stary z przejęciem. – Kim wy właściwie jesteście?
– Zostaliśmy wysłani przez wyższe moce po to, by wam pomóc – wyjaśnił Dolg z powagą. W jakimś sensie była to przecież prawda.
Gospodarz z ogromnym szacunkiem pochylił głowę. A potem uniósł ją z uśmiechem i zawołał:
– W takim razie wszyscy mogą wrócić do domu!
I nagle znowu spochmurniał.
– Nie, nie mogą – wyszeptał.
– Dlaczego nie? – pytali goście.
W rozbieganych oczach starego czaił się strach.
– Tego nie mogę powiedzieć – wykrztusił. Goram przysunął swój stołek bliżej niego.
– Dalej na wschodzie widzieliśmy wielu Samojedów. Wyglądało na to, że przed czymś uciekają. W ich oczach mogliśmy wyczytać taki sam strach, jaki teraz widzimy w twoich. Jeśli mamy wam naprawdę pomóc, musimy wiedzieć, czego się boicie!
Stary poczłapał w stronę łóżka i długo o czymś szeptał z żoną. Ona raz po raz kiwała głową. W końcu dziadek wrócił do gości.
– Chyba będzie najlepiej, jak się dowiecie, ale to, co mam do opowiedzenia, nie jest wcale przyjemne. A poza tym nie wiem wszystkiego, przeważnie nie wychodzę z domu. Zresztą co to pomoże, że będziecie wiedzieć? Jeszcze jedno obciążenie dla was, nic więcej.
Oni jednak chcieli poznać prawdę, więc stary rozpoczął swoje opowiadanie.
– Jakiś czas temu na morzu, trochę dalej na zachód, wydarzyło się coś strasznego. Z wielkim łoskotem wzniósł się w niebo czarny jak smoła słup wody. Grzmiało tak, jakby świat miał się rozpaść, słyszano straszliwe ryki, krzyk i wycie niczym z piekieł…
