
Po długiej, pełnej zadumy przerwie Dolg zapytał cicho:
– Powiedziałeś, że to były trzy istoty? A mimo to wpuściłeś nas troje pod swój dach?
– Widziałem przecież, że jesteście urodziwi, chociaż nie jesteście podobni do Samojedów, żadne z was.
– Dziękujemy ci za zaufanie! A nie bałeś się tamtych trzech istot?
– Bałem. Ale przecież musiałem zostać przy żonie.
Dolg wstał i podszedł do posłania.
– Powinniśmy mieć tu ze sobą Marca. On by ją uzdrowił – szepnął.
– No właśnie, bo przecież ty nie masz niebieskiego szafiru – rzekł Goram tonem konstatacji.
Dolg nie odpowiedział, usiadł na posłaniu staruszki i zapytał:
– Gdzie cię boli?
Powoli wysunęła się nieco spod skór i wyjaśniła, że najwięcej bólu sprawia jej oddychanie.
Dolg ostrożnie odsunął okrycie z jej ciała i położył ręce na zdawało się zapakowanych w futro piersiach kobiety. Wyglądało, jakby ubranie zostało zaszyte na jej ciele, by nie mogła go zdjąć, dopóki samo nie spadnie ze starości. Co stanie się już pewnie niedługo, uznała Lilja.
Goram i ona stali blisko siebie i patrzyli, nie zwracając uwagi na to, że ich dłonie prawie się dotykają.
– Masz takie ciepłe, dobre ręce, mój chłopcze – powiedziała stara ledwo dosłyszalnie. – Ciepło przenika do mojego ciała przez wszystkie skóry.
Dolg uśmiechnął się.
– Ja to jeszcze nic. Mam przyjaciela, który naprawdę potrafi uzdrawiać. Ja jestem, można powiedzieć, amatorem w tej dziedzinie. Ale trochę umiem, mój ojciec jest wielkim szamanem…
W najdalej na północ położonych częściach Syberii czarnoksiężnika na pewno nazywano szamanem.
– Po twoich oczach poznałam, że jesteś kimś wyjątkowym – powiedziała staruszka uszczęśliwiona. – Myślę, że i ty jesteś bardzo zdolny. Och, jak dobrze mi teraz oddychać! To prawdziwy cud! Jeszcze, mój chłopcze, dotknij mnie jeszcze raz!
