
A zresztą nie, nie powinni. Lilja za nic by im nie opowiedziała o swojej niezwykłej przygodzie na powierzchni Ziemi daleko, bardzo daleko od cywilizowanych okolic.
Dlaczego gęsto zamieszkane obszary i wielkie miasta ludzie nazywają cywilizowanymi okolicami? Co może być piękniejszego niż ten stary Samojed, który został przy swojej chorej żonie, kiedy wszyscy ucieka li przed wielką grozą? Czy on nie jest cywilizowany.
Zapytała nieśmiało, czy nie mogliby zmienić kieszeni, bo chętnie ogrzałaby teraz drugą rękę.
Mogli, oczywiście.
Goram nie mówił wiele. Szczerze powiedziawszy w ogóle się nie odzywał. Był tak oszołomiony bliskością ukochanej, tym, że dotyka jej skóry, iż wszystkie słowa gdzieś się ulotniły. Wiedział, że nie ma do tego prawa, ale kto mu zakaże ogrzać zmarzniętą dziewczynkę?
Myśli jak szalone krążyły w głowie, nie znajdował dla nich żadnego oparcia. Święte Słońce… jest daleko stąd. Elitarni Strażnicy także, Goram jest sam, sam za siebie odpowiada, a jedyne, czego pragnie, to być z Lilją.
Na szczęście ona przerwała jego chaotyczne rozmyślania.
– Jakie to wszystko cudowne! – powiedziała ze smutkiem w głosie. – Jakbyśmy się znajdowali twarzą w twarz z wiecznością!
– Rozumiem, co masz na myśli, Liljo.
Oboje myśleli o tym, że prawie czterysta lat temu w tym miejscu Shira bawiła się z innymi dziećmi Samojedów.
Ona jednak nie była taka jak tamte dzieci. W jej żyłach płynęła też inna krew. Matka Shiry pochodziła z rodu Taran – gai, bocznej gałęzi Ludzi Lodu, a ojcem dziewczynki był Vendel Grip z Ludzi Lodu. Shira połączyła obie linie, tę znad Morza Karskiego i tę, która osiedliła się w Skandynawii.
Mar także jest z Ludzi Lodu. Z Taran – gaiczyków, którzy pewnie dawno temu zniknęli z mapy świata.
To bardzo dziwne uczucie chodzić teraz po tej samej ziemi. Nadzwyczajne, aż dech zapiera, kiedy się o tym pomyśli.
Dolg przyszedł do nich na brzeg i powiedział, że odczuwa coś podobnego. Przez jakiś czas stali w wielkim skupieniu, obserwując pustkowie i wsłuchując się w ptasie głosy oraz uderzające o brzeg fale.
