— Tylko tak ci się zdaje — mruknął Mannon. — Wracam od O’Mary. Masz się stawić w jego gabinecie. Natychmiast.

Kilka minut później jeden z asystentów O’Mary zaprosił Conwaya do psychologicznej jaskini. Próbował przy tym ostrzec delikwenta spojrzeniem przed nadciągającym kataklizmem, a sądząc po grymasie ust, z góry już mu współczuł. Conwaya zdumiała ta ekspresja tak bardzo, że nie zauważył, jak stanął z głupawą miną przed gniewnym obliczem O’Mary.

Psycholog wskazał palcem najmniej wygodne krzesło.

— Co pana napadło, żeby organizować sobie w Szpitalu własny wywiad?! — spytał.

— Co…?

— Niech pan nie udaje głupca — warknął O’Mara. — I proszę nie robić głupca ze mnie. Nie przerywać! Owszem, jest pan najmłodszym starszym lekarzem i pańscy koledzy, z których jednak żaden nie para się psychologią kliniczną, mają o panu wysokie mniemanie. Ale tak nieodpowiedzialne, idiotyczne wręcz zachowanie kwalifikuje pana na pacjenta oddziału psychiatrycznego! Za pana sprawą dyscyplina młodszego personelu z wolna upada — podjął nieco spokojniej. — Popełnianie błędów stało się modne! Niemal wszystkie siostry przełożone mówią mi ciągle, mi, że trzeba z tym skończyć! Muszę wysłuchiwać za pana, bo to pan wymyślił tego niewidzialnego, niematerialnego potwora. Niemniej jako naczelny psycholog muszę się tym zająć! — O’Mara przerwał, żeby zaczerpnąć oddechu, a gdy znowu się odezwał, był już tak opanowany, że niemal uprzejmy. — Jeśli oczekiwał pan, że ktoś da się na to nabrać, grubo się pan pomylił. Mówiąc jak najprościej, miał pan nadzieję, że w powodzi cudzych potknięć błędy pańskiego przyjaciela stracą znaczenie. Proszę przestać otwierać nieustannie usta, zaraz będzie pańska kolej. Najbardziej martwi mnie jednak, że sam przyczyniłem się do tego: podrzuciłem panu nierozwiązywalny problem w nadziei, że spojrzy pan na niego z nowej perspektywy i podsunie jakieś, choćby częściowe, rozwiązanie, które da szansę naszemu przyjacielowi.



15 из 168