Później melfiański internista miał tam jeszcze kłopot z rozpylaczem, który nie chciał działać (przednie kończyny Melfian nie pasowały do rękawic, zatem napryskiwano na nie przed operacją warstewkę tworzywa). Gdy lekarz chciał uruchomić urządzenie, wyleciało z niego coś, co opisał jako metaliczną owsiankę. Potem pechowego rozpylacza nie udało się znaleźć. Całkiem jakby nigdy nie istniał. Doszło też do innych zdumiewających zajść. Wykwalifikowany personel popełniał błędy, które wydawały się zbyt proste jak na istoty z takim doświadczeniem. Mylono się podczas liczenia instrumentów, tu i ówdzie coś nagle spadało, silnie dekoncentrując zespół i rodząc podejrzenia o zbiorowe halucynacje.

— Jak dotąd nie zebrałem dość materiału, aby uznać go za statystycznie reprezentatywny, ale i tak dał mi do myślenia — ciągnął Conway. — Podałbym panu nazwiska, gdybym nie obiecał, że zatrzymam je dla siebie. Szczególnie że bez wątpienia byłby pan zainteresowany niektórymi opisami wypadków.

— Możliwe, doktorze — powiedział chłodnym tonem O’Mara. — Jednak z drugiej strony mógłbym nie być. Moim zdaniem to tylko wytwory pańskiej wyobraźni. Nie zajmuję się tak drobnymi zdarzeniami jak niedoszły wypadek ze skalpelem. Uważam, że to tylko kwestia zwykłego przypadku. A czasem roztargnienia. Albo nabierania ludzi…

Conway zacisnął dłonie na poręczach krzesła.

— Skalpel numer sześć to masywne i niewyważone narzędzie. Nawet gdyby uderzył siostrę samym uchwytem, mógłby się wbić na kilka centymetrów w ciało, powodując całkiem poważną ranę. Jeśli ten skalpel w ogóle tam był, bo zaczynam w to wątpić. Dlatego uważam, że powinniśmy rozszerzyć śledztwo. Proszę o pozwolenie na rozmowę z pułkownikiem Skemptonem, a także, jeśli okaże się to niezbędne, uzyskanie od służb Korpusu danych o wszystkich, którzy przybyli ostatnio do Szpitala.

Oczekiwana eksplozja nie nastąpiła, a gdy O’Mara znowu się odezwał, w jego głosie pobrzmiewało niemal współczucie.



17 из 168