
— Mimo to chciałbym zobaczyć tego pacjenta.
— Poziom dwieście osiemdziesiąty trzeci, oddział czwarty, porucznik Harrison. I proszę nie trzaskać drzwiami.
Jednak spotkanie z porucznikiem Harrisonem musiało poczekać do wieczoru, gdyż Prilicla nie zdążył jeszcze zorganizować sobie wszystkich zastępstw, a i Conway miał sporo obowiązków poza poszukiwaniem śladów bezcielesnej inteligencji. Niemniej opóźnienie okazało się pożyteczne, gdyż podczas obchodu i wizyt w stołówce Conway uzyskał dalsze informacje o szpitalnych wypadkach. Tyle że niezbyt wiedział, co o nich sądzić.
Podejrzewał, że liczba pomyłek, wypadków i błędów wydaje mu się tak wielka, gdyż wcześniej po prostu się tym nie interesował. Jednak i tak było ich sporo, a on nadal nie potrafił pojąć, jak wysoko wykwalifikowani specjaliści czy technicy mogli popełniać równie proste gafy. To mu do nich nie pasowało. Było też coś jeszcze — rozkład zdarzeń nie tworzył oczekiwanego wzoru. Brakowało jądra dziwnych zjawisk, które niczym epidemia zaczęłyby się następnie rozszerzać. Dawało się za to dostrzec co innego — jakby przemieszczające się centrum zdarzeń. Wszystkie intrygujące wypadki zaszły w sali operacyjnej Hudlarian albo w jej pobliżu. Czyli raczej to jedna, tajemnicza istota, a nie epidemia…
— Ależ to niemożliwe! — wykrzyknął Conway. — Nawet ja nie wierzę poważnie w bezcielesną inteligencję! Aż tak głupi nie jestem! To była tylko hipoteza robocza.
W drodze do Harrisona przedstawił Prilicli wyniki ostatnich badań. Pająkowaty dotrzymywał mu kroku, maszerując po suficie. Przez dziesięć minut milczał, a potem rzucił tylko:
— Zgadzam się.
Conway chętnie usłyszałby dla odmiany jakiś konstruktywny sprzeciw, nie odzywał się więc, póki nie dotarli do sekcji czwartej na poziomie dwieście osiemdziesiątym trzecim. Było to niewielkie pomieszczenie wykrojone z dużego oddziału nieziemców. Porucznik zdawał się cieszyć z ich wizyty. Wyglądał na znudzonego, a Prilicla podpowiedział cicho, że naprawdę strasznie się nudzi.
