
— Ogólnie jest pan w bardzo dobrym stanie i wszystko ładnie się goi, poruczniku — zaczął Conway, na wypadek gdyby pacjent zaniepokoił się widokiem aż dwóch starszych lekarzy przy swoim łożu, — Chcielibyśmy tylko porozmawiać o okolicznościach pańskiego wypadku. Jeśli się pan zgodzi, oczywiście.
— Nie mam nic przeciwko — odparł porucznik. — Gdzie mam zacząć? Od lądowania czy wcześniej?
— Może najpierw opowiedziałby nam pan trochę o samej planecie — zaproponował Conway.
Harrison przytaknął i uniósł nieco zagłówek, aby wygodniej mu było rozmawiać.
— To było coś szalenie dziwnego. Długo przyglądaliśmy się tej planecie z orbity…
Nazwali ją Klops, gdyż kapitan Williamson, dowódca jednostki zwiadu i kontaktów kulturowych Descartes, sprzeciwił się stanowczo, aby ochrzcić tak dziwną i odpychającą planetę jego nazwiskiem. Trzeba było to zobaczyć, aby uwierzyć, że taki świat może istnieć. Chociaż sami obserwatorzy nie wierzyli z początku własnym oczom.
Oceany przypominały gęstą, pełną życia zupę, wielkie połacie lądu pokryte zaś były poruszającymi się wolno żywymi tworami. Na licznych wzniesieniach widać było rozmaite rośliny, inne jeszcze rosły w wodzie, na dnie morza albo i na samym organicznym podłożu lądowym. Jednak większa część lądu ginęła pod grubą gdzieniegdzie na kilometr warstwą żywej tkanki.
Wszystkie one pełzały i toczyły walkę o dostęp do roślinności albo minerałów. Czasem pożerały się też nawzajem. Podczas powolnych wędrówek i równie powolnych, gargantuicznych zmagań warstwy te równały z ziemią wzgórza, zasypywały doliny, zmieniały zarysy jezior i linii brzegowej, przekształcając z miesiąca na miesiąc rzeźbę swojej planety.
