
Specjaliści na Descarcie twierdzili zgodnie, że jeśli istniało na tym świecie rozumne życie, powinno przyjąć jedną z dwóch postaci. Jako pierwszą widzieli wielkie stworzenia w rodzaju owych dywanów. Mogłyby one kotwiczyć się w skalnym podłożu, żeby potem wypuszczać wyrostki ku powierzchni, a za ich pomocą oddychać, zdobywać pokarm i usuwać odpadki. Powinny być również zdolne do obrony swoich granic przed mniej inteligentnymi dywanami, które mogłyby wniknąć pomiędzy nie a grunt albo nakryć swoją masą, odcinając od światła, powietrza i żywności. Musiałyby też umieć odpierać ataki morskich drapieżników, gdyż te zdawały się dzień i noc podgryzać krawędzie dywanów przylegające do oceanu.
Wedle drugiej koncepcji nosicielami inteligencji powinny być raczej małe, gładkie i zwinne istoty zdolne żyć wewnątrz dywanów albo wśród nich. Jeśli byłyby również szybkie i obdarzone refleksem, mogłyby uniknąć zagrożeń ze strony dywanów, gdyż metabolizm tych ostatnich był wybitnie powolny. Mieszkałyby zapewne w jaskiniach albo tunelach wybitych w skale. Tak mogłyby bezpiecznie wychowywać potomstwo, rozwijać kulturę i uprawiać naukę.
Jednak nikt nie sądził, aby którakolwiek z tych hipotetycznych form życia dysponowała rozwiniętą techniką. Planeta nie dawała szans na zbudowanie czegokolwiek, co przypominałoby złożone urządzenia. Gdyby znalazły się tu jakieś narzędzia, musiałyby być małe, poręczne i bardzo uniwersalne. Równie dobrze wszakże tubylcy mogli nie stworzyć żadnej kultury i żyć ciągle w plemionach, które nie kierowały się żadną tradycją.
— Z braku zaawansowanej techniki mogliby się skupić na rozwoju filozofii — wtrącił Conway.
Prilicla przysunął się bliżej. Drżał cały, ale nie tylko za sprawą emocjonalnego pobudzenia Conwaya — sam też był podniecony.
Harrison wzruszył ramionami.
— Mieliśmy ze sobą Cinrussańczyka — powiedział, patrząc na Priliclę.
