
Ejże, ejże! I czegóż to krzyczeć na dziada, wielmożni? Czegóż to od razu wygrażać? Za co, za jakie winy? Że straszę? Że bluźnię? Że niczym kruk kraczę? Nijak, moiściewy, nijak nie kraczę! Prawdę gadam, prawdę święcie czystą, a przez wielkich ojców Kościoła potwierdzoną. Ba, i w ewangeliach dowiedzioną! Że w apokryficznych? I co z tego, że w apokryficznych? Cały ten świat jest apokryficzny.
Co tam niesiesz, miła dzieweczko? Cóż tam się tak w stągiewkach pieni? Nie piwo wypadkiem? Ech, przednie… Świdnickie, ani chybi… Hola! A spojrzyjcież-że w okienko, wielmożni! Czy wzrok starca myli? Czy mi się zda, czy się słonko wreszcie przez chmury przebija? Przebóg, tak! Koniec, koniec wnet będzie słocie i niepogodzie. Wierę, patrzcie jeno, oto blask świat zalewa, spływa z niebios słupem złotojasnym. I oto światłość staje się ogromna…
Lux perpetua.
Chciałoby się takiej. Wiekuistej. Chciałoby się…
Jak powiadacie? Że skoro koniec słocie, to dość siedzenia w karczmie, nagli czas w drogę? Że skoro tak, to miast pleść, opowieść co rychlej by kończyć? Dopowiedzieć, jak to dalej było z Reynevanem i z ukochaną jego Juttą, z Szarlejem i z Samsonem owego czasu, czasu tamtych srogich wojen, kiedy to krwią spłynęły i od pogorzelisk poczerniały ziemie Łużyc, Śląska, Saksonii, Turyngii i Bawarii? Jako żywo, wielmożni, jako żywo. Opowiem, bo też i opowieść trybem jej przyrodzonym ku końcowi zmierza. Choć i to wam rzec muszę, że jeśli się na szczęśliwe lubo wesołe opowieści zakończenie sposobicie, srodze zawieść się wam przyjdzie… Że co? Że znowu straszę? Kraczę? A jak tu, rzeknijcie, nie krakać? Kiedy takie straszne się we świecie wyrabiają rzeczy? Kiedy w Europie całej, popatrzcie jeno, cięgiem ninie zgiełk bitewny?
Pod Paryżem krew nie obsycha na mieczach Francuzów i Anglików, Burgundów i Armaniaków. Wciąż, jak u cytowanego Owidiusza, mord i pożoga na francuskiej ziemi, ciągle wojna. Sto lat będzie trwała, czy jak?
