
Po pewnym czasie strumień po prostu zniknął. Wyglądało na to, że wypływa z usypiska głazów. Teraz musieli już przedzierać się przez gęstwinę zarośli wzrostu człowieka, splątanych jak pradawna puszcza, a składających się głównie z brunatnych zwiędłych paproci, pokrzyw i długich ciernistych pnączy, których nie umieli nazwać. Tu i ówdzie z tej gęstwiny wyrastały drzewa.
Wszyscy wędrowali zatopieni we własnych czarnych myślach, co ani trochę nie ułatwiało mozolnej wspinaczki.
– To chyba droga do samego piekła – stwierdził Morten.
Nie wiedział, jak mało się myli.
2
Mortenowi ciążyły wyrzuty sumienia. Nieznośne bóle w krzyżu, biodrach i udach stłumiła nieco tabletka, lecz jego męska godność ogromnie cierpiała, ponieważ czuł się jak zbędny balast. Tym jednak przejmował się najmniej. O wiele dotkliwsza była świadomość, że chociaż naprawdę chciał w czymś pomóc i do czegoś się przydać, to działo się wprost przeciwnie. Z początku Sissi torowała mu drogę i podtrzymywała go w marszu, lecz Antonio prędko zorientował się, że taka sytuacja jest udręką dla obojga. Jednemu z powodu poczucia bezwartościowości, drugiemu przez nieludzki wysiłek i świadomość, że oto role płci się odwróciły. Antonio czym prędzej więc nakazał Sissi pomóc trochę Unni, sam zaś wziął na swoje barki „ciężar” Mortena. Tak przynajmniej odczuł to Morten.
Wielokrotnie żałował, że nie powrócił wraz z Gudrun i Pedrem do cywilizacji, bo gdy coś boli, znika żądza przygód. A ta wyprawa zmieniła się w istny koszmar, tak straszny, że Morten był bliski płaczu. Poza tym gdyby wtedy zawrócił, to mógłby uniknąć śmierci z rąk straszliwego demona…
W tym momencie jednak wziął się w garść. Dlaczego ani trochę nie pomyśli o swoich towarzyszach? Czyżby chciał, żeby oni zginęli, a sam miałby się wykręcić? O nie, doprawdy, posunął się zbyt daleko!
Nieuważnie stąpnął w dziurę między kamieniami, stracił równowagę i poleciał w przód. Antonio w ostatnim momencie uratował go przed upadkiem. Morten poczuł się o wiele bardziej żałośnie upokorzony niż kiedykolwiek.
