
Trzy dni przed końcem podróży Celise Waan przestało podobać się jedzenie. Tuf po raz szósty podał na obiad pikantną warzywną brouhahę, przyrządzoną na sposób halagreeński. Antropolog przez jakiś czas grzebała widelcem w potrawie, po czym odsunęła talerz, skrzywiła się i zapytała:
— Czy naprawdę nie moglibyśmy dostać czegoś prawdziwego do jedzenia?
Tuf nabrał na widelec trochę apetycznie pachnącej papki, podniósł ją do oczu, obejrzał uważnie z lewej, z prawej, następnie z góry i z dołu, powąchał, na koniec zaś ostrożnie dotknął palcem.
— Zaiste, nie pojmuję przyczyny pani niezadowolenia — oznajmił wreszcie. — Co prawda moje niedoskonałe zmysły mogą być zawodne, niemniej jednak, jeślibym miał wierzyć ich świadectwu, to musiałbym stwierdzić, że potrawa ta jest stuprocentowo prawdziwa. Rzecz jasna, wypowiadam się na temat porcji, która trafiła na mój talerz. Można wyobrazić sobie sytuację, że tylko ona jedna istnieje naprawdę, reszta zaś to tylko niematerialne złudzenia, ja jednak nie przypuszczam, aby rzeczy miały się właśnie w ten sposób.
— Doskonale wiesz, o co mi chodzi! — parsknęła Waan. — Chcę mięsa!
— Zaiste — odparł Haviland Tuf. — Ja natomiast pragnę ogromnego bogactwa. Takie fantazje, choć bez wątpienia przyjemne, niestety, mają to do siebie, że nadzwyczaj trudno je zrealizować.
— Mam dość tych cholernych warzyw! — zaskrzeczała Celise Waan. — Chcesz powiedzieć, że na całym tym przeklętym statku nie ma ani grama prawdziwego mięsa?
Tuf splótł palce pod brodą.
— Nie miałem najmniejszego zamiaru wprowadzać pani w błąd — oświadczył spokojnie. — Ja co prawda nie jadam mięsa, przyznaję jednak ochoczo, iż na pokładzie „Rogu Obfitości Znakomitych Towarów po Nadzwyczaj Niskich Cenach” znajduje się jego niewielki zapas.
