— Jazda, idziemy do mnie — rzekła Holly. — Znajdziecie swoje apartamenty później, jak już tłum się rozejdzie.

Pancho z radością poszła za siostrą do włazu, który prowadził do korytarza poza obszar recepcyjny. Stał tam, przystojny, młody człowiek, o włosach koloru słomy, ufryzowanych w fale; miał wystające kości policzkowe, cienki, prosty nos, grubo ciosaną szczękę i przeszywające błękitne oczy. Jego twarz miała tak doskonale regularne rysy, że Pancho wzięła to za skutek terapii kosmetycznych. Jakiego to słowa używali naziści w dawnych czasach? Odpowiedź nadeszła szybko: aryjski. Właśnie tak wyglądał: idealny nordycki bohater. Poniżej szyi nie wyglądał jednak już na takiego twardziela: pod luźną bluzą zarysowywał się mu brzuszek. Jakby tylko twarz miała dla niego znaczenie.

— Panch, to jest Malcolm Eberly, główny administrator Goddarda i…

Prawa pięść Pancho wystrzeliła jak błyskawica i wylądowała tuż poniżej promiennego uśmiechu, prosto na szczęce Eberlyego, aż wylądował na tyłku.

— To za to, że o mało nie zabiłeś mojej siostry, ty głupi skurwielu — warknęła Pancho.

23 GRUDNIA 2095: OBSZAR RECEPCYJNY HABITATU GODDARD

Na sekundę wszyscy zamarli. Nikt się nie odezwał. Eberly potrząsnął głową, po czym usiadł, kiwając się i pocierając twarz dłonią.

Holly przerwała milczenie.

— Pancho! Na litość boską!

— To nie była moja wina — rzekł Eberly, prawie jęcząc. — Ja próbowałem ich powstrzymać.

Pancho prychnęła i przeszła obok niego, tłumiąc w sobie chęć, by go kopnąć tam, gdzie zabolałoby go najbardziej. Dwóch mężczyzn w czarnych kombinezonach z białymi opaskami z napisem OCHRONA ruszyło w jej stronę. Obaj mieli na biodrach paralizatory. Wanamaker zasłonił Pancho własną piersią.



11 из 404