
– Portia nie jest tak twarda, jak wszyscy sądzą – odpowiedział. – Chociaż z drugiej strony ty sama wydajesz się słodka, chociaż w skrywasz rogatą duszę.
– Nie wiem, czy powinno mi to schlebiać, czy też powinnam walnąć cię w nos.
– To mam na myśli. Ile kobiet, albo mężczyzn, to bez różnicy, powiedziałoby coś takiego do kogoś takiego jak ja?
I Terry się uśmiechnął w taki sposób, w jaki mógłby się uśmiechnąć duch. Do tej pory nie miałam pojęcia, że Terry aż w takim stopniu zdaje sobie sprawę z tego, że jest uważany za szalonego.
Wspięłam się na palce i cmoknęłam go w poorany bliznami policzek, żeby pokazać, że się go nie boję. Kiedy już to zrobiłam, zorientowałam się, że to nie do końca prawda. Pod pewnymi warunkami mogłabym się go bać. Terry tymczasem założył fartuch kucharski i zaczął przygotowywać kuchnię. Pozostali wrócili do swoich zajęć. Nie martwiłam się, że będę musiała długo pracować – kończyłam zmianę o osiemnastej, żeby przygotować się do wyjazdu do Shreveport z Billem. Miałam wyrzuty sumienia, że Sam zapłacił mi za dzisiejszy dzień, choć znaczną jego część spędziłam czekając na okazję, by popracować; chociaż z drugiej strony, sprzątanie magazynu i gabinetu Sama mogło się liczyć jako ciężka praca.
Gdy tylko policja odblokowała wjazd na parking, w barze natychmiast pojawiły się tłumy. Andy i Portia byli wśród pierwszych, którzy weszli; zauważyłam, że Terry obserwował ich z kuchni. Pomachali mu, a on odpowiedział na ich powitanie. Zastanawiałam się, jak blisko są ze sobą naprawdę spokrewnieni – nie byli kuzynami pierwszego stopnia, tego byłam pewna. Oczywiście tu, w Bon Temps, można nazywać kogoś kuzynem nawet, jeśli nie jest się z nim spokrewnionym. Po tym, jak moi rodzice zginęli w czasie powodzi (woda zerwała most, na którym znajdował się ich samochód), przyjaciółka mamy starała się odwiedzać mnie co tydzień czy dwa i przynosić mi jakiś prezent; całe życie mówiłam na nią ciocia Patty.
