Jego szeroka twarz zwróciła się w moją stronę; nie malowało się na niej wiele zrozumienia. Po dość długiej przerwie, w czasie której moje słowa docierały do jego przyćmionego umysłu, Andy sięgnął do kieszeni bojówek i podał mi ciężki breloczek.

Przyniosłam mu kolejnego bourbona z colą.

– Ja stawiam – powiedziałam i podeszłam do telefonu przy końcu baru, żeby zadzwonić do siostry Andy’ego, Portii.

Rodzeństwo Bellefleurów mieszkało w całkiem dużym, dwupiętrowym, przedwojennym domu, niegdysiejszej atrakcji turystycznej, położonym przy najładniejszej ulicy w najlepszej dzielnicy Bon Temps. Wszystkie domy na Magnolia Creek Road łączył park, przez który płynął strumień tu i tam przecinany dekoracyjnymi mostkami. Droga biegła po obu jego stronach. Było na niej też parę innych starych domów, ale wszystkie były w lepszym stanie, niż ten, w którym mieszkali Bellefleurowie, nazywany Belle Rive. Był on zbyt duży dla Portii, prawniczki, i Andy’ego, policjanta – nie byli w stanie go utrzymać. Jednak ich babcia, Caroline, uparcie nie chciała się zgodzić na sprzedanie go.

Portia odebrała po drugim sygnale.

– Portia, tu Sookie Stackhouse – zaczęłam. Musiałam podnieść głos ze względu na odgłosy dochodzące z baru.

– Dzwonisz z pracy?

– Tak, Andy tu jest i jest już mocno wstawiony. Wzięłam jego kluczyki. Możesz po niego przyjechać?

– Andy za dużo wypił? To dziwne. Jasne, będę za dziesięć minut – obiecała i rozłączyła się.

– Słodka z ciebie dziewczyna, Sookie – powiedział nieoczekiwanie Andy.

Skończył drinka, którego mu przyniosłam. Zabrałam szklankę z jego pola widzenia i miałam nadzieję, że nie poprosi o więcej.

– Dzięki, Andy – odparłam. – Też jesteś okej.

– Gdzie twój… chłopak?

– Tutaj – powiedział chłodny głos i Bill Compton zjawił się tuż za plecami Andy’ego.

Uśmiechnęłam się do niego nad opadającą głową Andy’ego. Bill miał około pięciu stóp i dziesięciu cali wzrostu



3 из 233