
– Hej, V.B.! – zawołał Micah, mąż Charlsie Tooten.
Bill uprzejmie przywitał się gestem ręki.
– Bry wieczór, wampirze Billu – powiedział grzecznie mój brat Jason.
Zdawało się, że Jason, który nie myślał o przyjęciu Billa do rodziny ze szczególnym entuzjazmem, zmienił nastawienie. Miałam nadzieję, że tak już zostanie.
– Bill, jesteś w porządku, jak na krwiopijcę – stwierdził autorytatywnie Andy, obracając się na stołku barowym, żeby spojrzeć na Billa.
Uznałam, że Andy jest bardziej pijany, niż do tej pory sądziłam, ponieważ w innym wypadku nigdy nie wypowiadałby się tak entuzjastycznie o zaakceptowaniu wampirów jako części amerykańskiego społeczeństwa.
– Dzięki – powiedział sucho Bill. – Nie jesteś taki zły, jak na Bellefleura.
Oparł się o kontuar i pocałował mnie. Jego usta były równie chłodne, jak jego głos. Trzeba do tego przywyknąć; tak samo, jak do tego, że kiedy się kładzie głowę na jego piersi – nie słychać bicia serca.
– Dobry wieczór, kochanie – powiedział swoim niskim głosem.
Podałam mu szklankę sztucznej, wynalezionej przez Japończyków B Rh-, którą wypił od razu, a potem oblizał usta. Od razu wyglądał mniej blado.
– Jak poszło spotkanie? – zapytałam.
Bill był w Shreveport większą część nocy.
– Później ci opowiem.
Miałam nadzieję, że jego historia będzie mniej przygnębiająca niż ta, którą wyczytałam w myślach Andy’ego.
– Okej. Byłabym wdzięczna, gdybyś pomógł Portii zapakować Andy’ego do jej wozu. Właśnie tu idzie – powiedziałam i pomachałam głową w stronę drzwi.
Przynajmniej raz Portia nie miała na sobie tego, co uważała za swój profesjonalny strój: spódnicy, bluzki, marynarki i pantofli na niskim obcasie. Przebrała się w dżinsy i obdartą sportową koszulkę w stylu Sophie Newcomb. Była zbudowana tak samo kwadratowo jak jej brat, ale miała długie, grube, kasztanowe włosy. Właśnie te zadbane włosy świadczyły o tym, że się jeszcze nie poddała.
