
Na chwilę zapadło napięte milczenie, a Tollera przeniknęła dogłębna świadomość, że cała jego przyszłość zawisła na włosku. Naraz Yantara wybuchnęła radosnym śmiechem.
— Tylko się mu przyjrzyj! — zawołała szturchając swoją towarzyszkę. — Zaczynam wierzyć, że on wszystko traktuje jak najbardziej poważnie. — Porucznik zrobiła zaskoczoną minę, ale po chwili udało jej się przywołać na usta słaby uśmiech.
— Bo to jest wielce poważna…
— Gdzie się podziało wasze poczucie humoru, Tollerze Maraąuine? — ucięła Yantara. — No tak, teraz sobie przypominam, że zawsze braliście siebie zbyt poważnie.
Toller poczuł się zbity z tropu.
— Sugerujecie, że spotkaliśmy się już kiedyś? Yantara znów wybuchnęła śmiechem.
— Czy nie pamiętacie, kapitanie, jak wasz ojciec zabierał was do pałacu na obchody Dnia Migracji, gdy byliście mali? Już wtedy paradowaliście z szablą, chcąc upodobnić się do swojego sławnego dziadka.
Toller zdawał sobie sprawę, że księżna kpi z niego, lecz jeśli chciała w ten sposób ustąpić zachowując twarz, potrafił to ścierpieć. Wszystko było lepsze niż kontynuowanie tej niepotrzebnej dyskusji.
— Muszę przyznać, że was nie pamiętam — odrzekł. — Podejrzewam, że przyczyny trzeba by się doszukiwać w tym, że wasz wygląd uległ większej zmianie niż mój.
Yantara potrząsnęła głową, ignorując ukryty komplement.
— Nie. Po prostu macie słabą pamięć. No dobrze, a co tam z naszym astronautą? Dla przejęcia go jeszcze kilka minut temu gotowi byliście narazić bezpieczeństwo dwóch statków.
Toller odwrócił się do Steenameerta, który z zainteresowaniem przysłuchiwał się wymianie zdań.
— Wejdźcie na pokład mojego statku i każcie kucharzowi przygotować jakiś posiłek.
Steenameert zasalutował, pochwycił spadochron i poszedł ciągnąc go za sobą.
